Kategorie
Ursus

Ocena planu miejscowego na Szamotach

To chyba najdłużej powstający tekst na moim blogu. Obiecałem go moim czytelnikom jakieś dwa lata temu, ale od tego czasu dosłownie wszystko odrywało mnie od jego pisania. Na szczęście przyszły mrozy i po miesiącu unikania infekcji oddziecięcych w końcu uległem jakiemuś wirusowi, a to skłoniło mnie do powrotu do tej słusznej koncepcji.

Kilka założeń wstępnych. Po pierwsze, jest to ocena subiektywna. Po drugie, dotyczy Polski, więc odnoszę się do polskich standardów architektoniczno-urbanistycznych. Tak, wiem – w Hiszpanii / Finlandii / Austrii / niepotrzebne skreślić / robią to lepiej. Ale żyjemy w Polsce, więc będę się odnosił do realizacji z Polski. Po trzecie, piszę to z perspektywy gościa, któremu Szamoty się od razu spodobały i któremu (mimo rozmaitych zastrzeżeń) dobrze się tu mieszka. Także nie dziwcie się, że nie jadę po MPZP jak po łysej kobyle.

No to raz, dwa, trzy – zaczynamy.

Skąd się wziął ten plan?

MPZP dla terenów poprzemysłowych w rejonie ul. Orłów Piastowskich został uchwalony w 2014 roku i był owocem długiego dobijania ZPC Ursus oraz firm, które działały na jego terenie. Można wchodzić w rozmaite dyskusje historyczne, jak do tego doszło i czy było to nieuniknione – ale tak się w końcu stało. Po upadku zakładów pojawił się deweloper z pomysłem (Celtic) który przedstawił władzom Warszawy masterplan tzw. “miasteczka Ursus”. Pierwotne założenia były różne od obecnego planu. 

Przede wszystkim zabudowa miała mieć 4 piętra, a strefy przemysłowa i mieszkalna miały być wyraźnie oddzielone. Ostatecznie skończyło się na 5-8 piętrach, a do rozdzielenia funkcji nie doszło, ponieważ w międzyczasie powstał Diamond Business Park i nie zapowiada się, żeby się kiedykolwiek z naszej okolicy zawijał.

Pozostałe założenia “miasteczka Ursus” zostały w większości wdrożone do planu miejscowego (jeżeli nie wiesz w ogóle co to MPZP, kliknij tutaj), wraz z układem ulic, skwerów, placów itd. 

Z planu wycięto trzy fragmenty – EC Ursus, firmę Korurs oraz okolice Odlewni i Modelarni. Zrobiono to, żeby odebrać firmom działającym na w/w terenie prawo do protestów w sprawie planu. EC Ursus niedługo później doprowadzono do upadku. Obecnie na jej miejscu znajduje się osiedle Victoria Dom, jako jedyne ogrodzone płotem (w pozostałych miejscach plan zakazuje grodzenia osiedli). Teren Modelarni i Odlewni został objęty “łatką” planistyczną. Teren Korursa miał już prawie uchwaloną łatkę, ale Rada Warszawy nieoczekiwanie zagłosowała przeciwko. Właściciel terenu nie zgadza się z ograniczeniami które chce mu narzucić miasto. Miasto z kolei odmawia mu wydania decyzji o warunkach zabudowy. Impas trwa.

Zalety planu miejscowego

🟢 Największą zaletą w mojej opinii jest brak płotów. To jest absolutna petarda, która sprawia, że Szamoty oceniam dużo lepiej od Wilna czy Miasteczka Wilanów. Można spacerować wszędzie, niemal dowolnie skracać sobie drogę, chodzenie nie oznacza błądzenia po labiryntach płotów jak na znajdujących się po drugiej stronie dzielnicy Skoroszach. Wbrew czarnowidztwu “płociarzy” nie oznacza to wysypu kradzieży, rozbojów i wandalizmu. Ot, jest normalnie. Trochę jak na starych osiedlach.

🟢 Druga zaleta – jasna i klarowna przestrzeń. Osobiście jestem wielkim fanem zabudowy pierzejowej wzdłuż ulicy. Uważam, że to dużo bardziej czytelna i przyjazna przestrzeń niż bloki ustawione – przynajmniej z punktu widzenia pieszego – w dość losowy sposób.

🟢 Trzecia zaleta – mnogość punktów usługowych. Plan miejscowy wymusza usługowe partery praktycznie przy każdej ulicy, dzięki czemu podczas porannej rundki z dziećmi i z psami mogę skoczyć do mięsnego, piekarni, warzywniaka. Mam pod ręką zoologiczny i papierniczy, market, sporo restauracji, fryzjera itd. Jest to dla mnie gigantyczna korzyść, bo na Szmulkach żeby coś załatwić zazwyczaj musiałem wsiadać w tramwaj lub w samochód. Tutaj robię to wszystko na piechotę, co oszczędza mi dużo czasu i pieniędzy.

🟢 Czwarta zaleta – zieleń przyuliczna. Oczywiście zaraz zlecą się petrolheadzi i hejterzy żeby udowadniać, że to zbędne krzaki, że betonoza (czaicie sprzeczność?), że zaniedbane, że zabiera miejsca parkingowe, że uschnie, że się nigdy nie przyjmie. 

Jest to moi drodzy tzw. pitolenie (wolałbym napisać ostrzej, no ale osoba publiczna). Wystarczy sobie spojrzeć na Google Street View na uliczki Miasteczka Wilanów, żeby zobaczyć jak taka zieleń wygląda po 10 latach. Gwarantuję wam, że w 2036 roku wielu osobom będzie kopara opadała na widok naszego osiedla. 

Odnośnie parkowania tutaj znajdziecie długi tekst w którym opisuje jak to wygląda w rzeczywistości. W skrócie – mogłoby być więcej miejsc, w jakimś stopniu kosztem zieleni, ale większości zieleni i tak nie da się w żaden sposób na miejsca parkingowe zmienić. Nie wynika to z polityki miasta ani przepisów, tylko z tego, że w przeciwieństwie do os. Niedźwiadek nasze osiedle ma ogromną liczbę wjazdów do garaży podziemnych, wjazdów na posesje, na dziedzińce, przejść dla pieszych, przejazdów p-poż itd. 

Ponieważ przepisy nakazują zachowanie odległości 10 metrów od takich miejsc (chodzi o widoczność), w praktyce niemożliwe jest stworzenie jednego, długiego pasa parkowania prostopadłego wzdłuż większości ulic na Szamotach (jak np. na ul. Zagłoby).

Tymczasem zieleń – wbrew ludziom którzy piszą, że jest zbędna – ma ogromne korzyści. Po pierwsze, to nasza tarcza przeciwko opadom nawalnym i podtopieniom. Nie wiem, czy zauważyliście, że wszystkie ulewy które zatapiały Cierlicką czy Starodęby jakimś cudem nie wyrządziły żadnych szkód na Szamotach. To nie przypadek. Porządna kanalizacja + dużo małej retencji robi właśnie taki efekt. Drzewa gdy już podrosną będą dawać nam chłód i cień podczas upalnego lata. Na zieleń przyjemnie się patrzy, poprawia dobrostan psychiczny mieszkańców (wszystko to jest udowodnione naukowo!) a do tego daje korzyści dla ekosystemu, od ptaków po owady (których w naszej betonozie jest zaskakująco dużo, osobiście uwielbiam słuchać brzęczących od pszczół kwiatów lawendy pod blokiem).

🟢 Piąta zaleta – wyznaczenie w planie terenów publicznych. MPZP jasno wyrysował tereny pod przychodnię zdrowia, pod szkoły, przedszkola, żłobki, place publiczne, parki i skwery. Gorzej jest oczywiście z realizacją, zwłaszcza na czas, ale nie jest tak jak np. w Miasteczku Wilanów, że nie wiadomo gdzie te usługi miałyby się znaleźć.

No dobra. Pozachwycaliśmy się, pokazaliśmy korzyści, teraz pora na wady.

Co nie wyszło w planie miejscowym?

🔴 Wada pierwsza – brak rozdzielenia funkcji mieszkalnej od przemysłowej. Miało być pięknie, wyszło jak zwykle. Diamond Business Park nie jest szczególnie uciążliwym sąsiadem, ale mimo wszystko zwiększa ruch ciężki przez środek osiedla. Podobnie będzie z planowaną na rogu ul. Kompanii AK “Goplana” i ul. Herbu Oksza Elektrociepłownią.

Gdyby powstały planowane magazyny Panattoni, to też mielibyśmy z nich ciągły ruch dostawczaków i TIRów, nie ma zmiłuj. Hala tłoczni na rogu ul. Posag 7 Panien i ul. Gierdziejewskiego to też uciążliwa działalność, z TIRowcami parkującymi na środku chodnika, na jedynej sensownej drodze z przedszkola mojego syna do Eko Parku, do którego chodzą się bawić. Ostatecznie z tego wszystkiego zostanie tylko elektrociepłownia i Diamond Business Park, ale to nie zasługa planu, a procedur Lex Deweloper i ZPI, które co prawda w większości zniwelują tę wadę, ale za to pogłębią inną…

🔴 Wada druga – infrastruktura nie nadążająca za liczbą ludności. Co prawda inwestorzy zgodzili się na brak płotów, ale za to zażądali więcej pięter. Przez to już w pierwotnych planach osiedle było przewidziane na ok. 25 tys. ludzi (póki co mamy połowę), a po uwzględnieniu wszystkich Lexów pewnie bliżej 40 tys. 

Tymczasem Ursus nie ma za bardzo możliwości zwiększenia swoich możliwości transportowych bez budowy metra. Czasem komentatorzy sugerują, że gdyby poszerzyć ul. Posag 7 Panien do dwóch pasów i “usunąć krzaki” to by było lepiej. Albo przebić Giserską do Gierdziejewskiego i też zrobić po dwa pasy. Wszystko to są bujdy na resorach. Ostatecznie i tak cały ten ruch by utknął na skrzyżowaniach, czy to na Warszawskiej czy przy Factory czy przy Połczyńskiej. Stalibyśmy po prostu w szerszych korkach, ale za to mielibyśmy wypadkogenną i antyludzką przestrzeń na głównej ulicy osiedla. Tyle wygrać!

Mamy co prawda dwa (a niedługo nawet trzy, bo po przesunięciu PKP Gołąbki będzie to stacja obsługująca również północne Szamoty) przystanki kolejowe, co jest ogromną zaletą, ale kolej przez ciągłe remonty warszawskiego węzła kolejowego też ma swoje wady. Do tego jej przepustowość w szczycie już teraz kuleje. Będzie to można w przyszłości trochę poprawić (większa przepustowość średnicy po budowie KDP i remoncie, dłuższe i nowocześniejsze pociągi itd.), ale cudów nie ma co oczekiwać.

Podsumowując – mieszkańcy boją się, że jak wszystkie osiedla zostaną wybudowane, to staną w megakorku. I słusznie się boją, bo tak będzie, a ponadto nie ma za bardzo fizycznych możliwości, żeby to zmienić. Zaproponowaliśmy możliwe wyjazdy z Ursusa, Włochy są im maksymalnie przeciwne, inne propozycje (tunel/wiadukt nad STP Mory) są nierealne. Podsumowując, tylko metro może nam pomóc. Bo nawet gdy powstanie przebicie Hennela do Traktorzystów oraz przebudowane zostanie skrzyżowanie przy Factory, to te zmiany zostaną szybko skonsumowane przez wzrost liczby mieszkańców, a co za tym idzie – aut.

🔴 Wada trzecia – chaos parkingowy. To nie jest do końca wada samego planu miejscowego. MPZP przewiduje minima parkingowe, moim zdaniem dość rozsądne. Można się spierać o sensowność braku miejsc postojowych przy P7P. Moim zdaniem korona by nam z głowy nie spadła, gdyby dopuścić tam parkowanie równoległe – jest na to miejsce, zieleni by dramatycznie nie ubyło. 

Niemniej jednak realizacja okazała się być daleka od ideału. Jak już pisałem wcześniej – w praktyce jest za dużo wyjazdów, przystanków, przejść dla pieszych, przejazdów p-poż itd. żeby wszędzie można było wyznaczyć tyle przejść co na ul. Herbu Oksza przy Biedronce. 

Do tego dokładają się błędy projektowe popełnione przez deweloperów budujących drogi za Urząd Dzielnicy (pozdrawiam ze środkowej części Habicha, najbardziej spartolonej ulicy w okolicy), niechęć BZRD do miejsc prostopadłych oraz brak chęci uregulowania parkowania w jakiś sposób przez Radę Miasta. Jeżeli zostanie wybudowane metro, będzie jeszcze gorzej. Wtedy pewnie będziemy błagać o SPPN jako jedyne rozwiązanie mające szansę wyciągnąć nas z bagna.

🔴 Wada czwarta – dziwne rozwiązania drogowe. Rozumiem ideę zarówno za dwoma jezdniami na Habicha jak i dwoma jezdniami na Giserskiej, ale z doświadczenia widać, że był to po prostu zły pomysł. Gdyby zrobić tam zwykłe, jednojezdniowe ulice można byłoby upchnąć tam więcej parkowania oraz zieleni i uniknąć frustracji związanych z zawracaniem czy blokowaniem drogi w razie wypadku. Podobnie wątpliwa jest koncepcja przesuwania ul. Gierdziejewskiego – rozumiem korzyści związane z nieprzerwanym, dużym parkiem, ale moim zdaniem nie są one wystarczająco duże, żeby nadrobić wady tego rozwiązania (wycinka dużych drzew, skanalizowanie całego ruchu na jednej ulicy wpadającej w już zakorkowaną Jagiełły).

🔴 Wada piąta – konfliktowe przestrzenie publiczne. Chodzi głównie o Eko Park i Bazar. Na papierze wszystko to wygląda dobrze, w praktyce będzie pogłębiało konflikty między “starymi” i “nowymi” mieszkańcami i utrudniało realizację założeń planu. “Wisienką na torcie” jest to, że zgodnie z zapisami planu nie będzie można usunąć starej ulicy Gierdziejewskiego tak długo, jak będzie przy niej funkcjonowała firma Korurs – musi ona mieć wszak zapewniony dojazd do swojej posesji. Nie sposób nie odnieść wrażenia, że planiści zrobili wszystko, byle tylko nie musieć wyznaczać zbyt wielu terenów zielonych na terenach “deweloperskich”. Dobrze, że zachowali istniejącą zieleń (skwer przy Dyrekcyjnej, Eko Park) – ale mimo wszystko zabrakło w tym wszystkim śmiałości.

🔴 Wada szósta – brak logiki w obsłudze placówek oświatowych. Mimo zaplanowania osiedla od zera, nie udało się zaplanować szkół, przedszkoli i żłobków tak, żeby miały dobry dojazd drogami rowerowymi ani żeby leżały z dala od zatłoczonych ulic. Zarówno ul. Hennela jak i P7P będą rano i po południu pełne samochodów. Ulicy Leykama nie da się uspokoić ani zamykać w ramach szkolnej ulicy, bo są tam wyjazdy z garaży podziemnych. Działka oświatowa jest traktowana jako 4 osobne działki, nie ma na nią pomysłu ani koncepcji (taki ogromny teren mógłby być centralny terenem edukacyjno-rekreacyjnym osiedla, z masą zieleni i nowoczesnych rozwiązań, a najpewniej skończy się na projektowaniu wszystkich placówek “po taniości”, a czy część z nich w ogóle powstanie w obliczu niżu demograficznego i Lex Deweloper to w ogóle osobne pytanie).

Dodatkowe problemy

🟠 Największym dodatkowym problemem są oczywiście zmiany planu typu Lex Deweloper i ZPI. Będzie nim polegać ok ⅖ osiedla, czyli cały teren na północ od Kompanii AK “Goplana” plus narożnik Posagu 7 Panien i ul. Gierdziejewskiego. Nie wiadomo, jaki będzie tam docelowy układ drogowy. Nie wiadomo, jakie będą tam rozwiązania usługowe. Trudno powiedzieć, czy miasto ma jakikolwiek pomysł na tę okolicę, czy po prostu będą tam wepchnięte kolejne mieszkania i niech sobie mieszkańcy jakoś radzą.

🟠 Drugim w kolejności jest… Realizacja. Przez to, że osiedle rozwija się głównie za pieniądze deweloperów, nie ma za bardzo możliwości koordynacji tych działań. Przez to mamy ciągnące się latami dziury w sieci drogowej (Herbu Oksza, Giserska, Taylora), w sieci rowerowej (DDR Habicha-PKP Ursus, DDR Giserska-Szamoty, DDR przez Eko Park) czy niekończące się remonty dróg oraz niekonsekwentne, sprzeczne w założeniach projekty (P7P remontowany w 5. etapach czy Habicha w 3. etapach). Osobną kwestią jest to, że fajne założenia urbanistyczne (rondo na P7P) są otoczone baaardzo przeciętną architekturą. Można było to nieco bardziej w planie uregulować.

🟠 Trzecim problemem jest wyrywkowa egzekucja zapisów planu. Niby plan obowiązuje, ale jak się chce to można coś pominąć (przedłużenie Leykama do południowej jezdni Giserskiej, droga rowerowa wzdłuż Kompanii AK „Goplana”, zakaz banerów reklamowych). Mimo wszystko w większości przypadków jednak plan jest respektowany).

Podsumowanie

No ale to tyle. Zapraszam do kulturalnej dyskusji, dajcie znać co waszym zdaniem wyszło a co nie wyszło na Szamotach, pytajcie śmiało o rozmaite rzeczy związane z MPZP. Przypominam, że ten wpis jest stworzony z perspektywy osoby, która to osiedle lubi i planuje zostać tu na dłużej 🙂

Podsumowując – w mojej ocenie jest to jeden z najlepszych obowiązujących dla nowych osiedli planów miejscowych w Warszawie. Nie idealny, nie bez wad, ale wykorzystujący potencjał miejsca dużo lepiej niż Chrzanów, Miasteczko Wilanów czy os. Na Skarpie.

Kategorie
Ursus

Nudny tekst o odśnieżaniu

Tematem numer jeden tej zimy jest oczywiście odśnieżanie. Nie dziwne, bo to najbardziej śnieżna zima od 2013 roku, czyli od 13 lat. Wtedy pokrywa śnieżna pokrywała stolicę przez ponad 100 dni. Ostatnia dekada przyzwyczaiła nas raczej do krótkich epizodów zimowych, zakończonym szybkimi roztopami – i tyle.

Dlaczego więc sytuacja z odśnieżaniem wygląda jak wygląda (w mojej opinii – źle, bo okolice przejść dla pieszych i uczęszczane szlaki piesze na gruntach dzielnicy są najczęściej odśnieżone słabo)?

Postanowiłem się temu przyjrzeć od strony liczb i tego, o czym mówią mi koleżanki i koledzy z innych dzielnic.

Hipoteza nr 1 brzmiała – firmy zajmujące się odśnieżaniem co roku oferują coraz niższe stawki, przez co jest coraz mniej kasy na odśnieżanie. Tutaj postanowiłem sprawdzić ostatnie 5 lat oraz rekordowy rok 2013.

Dane wyglądają jak widać (kwota przeznaczona na oczyszczanie zimowe ulic w załączniku budżetowym dzielnicy):

  • 2013 – 225 tys.
  • 2022 – 714 tys.
  • 2023 – 500 tys.
  • 2024 – 600 tys.
  • 2025 – 750 tys.
  • 2026 – 1 mln 081 tys.

Obecne 1 mln 081 tys. jest warte 640 287 zł z 2013. Także jak widać, hipoteza ta jest fałszywa. Pieniędzy jest realnie więcej, prawie 3 razy więcej niż ostatniej tak śnieżnej zimy.

UPDATE: Za namową komentatorów postanowiłem też sprawdzić powierzchnię ulic objętych czyszczeniem. Tutaj z kolei dzieją się rzeczy niestworzone. Zobaczcie sami:

  • 2013 – 331 tys. m²
  • 2022 – 352 tys. m²
  • 2023 – 266 tys. m²
  • 2024 – 265 tys. m²
  • 2025 – 327 tys. m²
  • 2026 – 285 tys. m²

Wychodzi więc na to, że w 2026 czyszczeniem objętych jest… mniej ulic niż w 2013 roku. Dlaczego? O to już będę dopytywał na Sesji Rady Dzielnicy albo najbliższej Komisji Gospodarki Przestrzennej i Komunalnej. Jest to jednak dość dziwne, że po 13 latach i oddaniu do użytku szeregu nowych ulic praktycznie w każdej części dzielnicy, sumaryczna powierzchnia spadła. Czyżby więcej chodników podlegało pod prywatnych zarządców? Sprawdzę to.

To każe szukać winnych gdzie indziej. Odpada także opcja, że winne są władze, które nie przekazują informacji do wykonawców i ich nie kontrolują. Na ostatniej sesji pani wiceburmistrz odpowiedzialna za ochronę środowiska dość szczegółowo wymieniała wszystkie zgłoszenia od początku roku do 15 stycznia. Ewidentnie były przekazywane, a dodatkowo prowadzone były kontrole (i najpewniej zostaną naliczone kary, jak w przypadku terenów podległych ZDM).

Co zatem zawodzi? Niestety, tutaj już mogę tylko wejść w sferę spekulacji. Zgłoszenia od mieszkańców są przekazywane, budżet jest (czy wystarczający to inna sprawa – ale jest, i to wyższy niż w poprzednich latach).

Osobiście przychylam się ku temu, że najbardziej śnieżna zima od 13 lat zaskoczyła… wykonawców, którzy mają problem ze zmobilizowaniem ludzi.

Wspólnoty, które nie są ograniczone prawem zamówień publicznych ściągają na swoje tereny traktorki z pługami i maszyny czyszczące, których na chodnikach dzielnicy (nie tylko naszej) nie widać. Być może po prostu w założonym budżecie nie ma jak ich ściągnąć? Tutaj już wnioski będzie musiał wyciągnąć zamawiający.

Widać za to, jaki jest priorytet władz miasta. Odśnieżone mają być przede wszystkim ulice po których jeżdżą autobusy oraz przystanki autobusowe. Chodniki do przystanków czy przejścia dla pieszych mają priorytet drugorzędny. Wiem, że część urzędników będzie się ze mną w tym miejscu kłócić – ale tak po prostu jest w praktyce.

Oczywiście starzy mieszkańcy, których było 11 i mieszkali w jeziorze będą pisać, że przecież można przejść. Pewnie, jak się jest zdrowym i sprawnym człowiekiem to wszystko można. Gorzej z tymi mniej zdrowymi i mniej sprawnymi, rodzicami w wózkami itd. Jak pisał śp. Papież Franciszek: „cywilizację poznaje się po tym, jak traktuje się słabszych”.

Na Szamotach dodatkowym problemem są ulice wciąż w zarządzie deweloperów, które po prostu są skute lodem, bo (ponownie – w mojej opinii, jako, że Zarząd Dzielnicy się takimi szczegółami z nami nie dzieli) nie ma możliwości, żeby wyegzekwować od nich takie działania. A koszt to koszt, po co go ponosić skoro można go nie ponosić?

No i na koniec – sama ocena działań Zarządu Dzielnicy. Wejdę tu trochę w rolę adwokata diabła, ale trochę im się nie dziwię, że oszczędzają kasę. Zima póki co nie odpuszcza, kilka dni lekkiej odwilży na pewno większości śniegu i lodu nie usunie, a jeszcze jeden epizod z niżem genueńskim (wcale przecież niewykluczony) może skutecznie wyzerować budżet na odśnieżanie.

Tymczasem za kilka miesięcy i tak wszyscy o sprawie zapomną. Aż do kolejnej rekordowo śnieżnej zimy.

Niestety, obawiam się, że w klimacie w którym na duże opady śniegu można liczyć tylko raz na kilka(naście) lat to po prostu nie będzie na tyle „seksowny” temat, żeby komukolwiek przy Placu Bankowym chciało się opracować procedury na wypadek takiego wydarzenia (pan Prezydent lubi zagraniczne podróże, więc mógłby skoczyć w podróż do Helsinek czy innego Sztokholmu i spytać kolegów, jak sobie radzą). Mamy ważniejsze sprawy, czyli kłótnie o prześladowanie kierowców, krzyże w urzędach czy antyalkoholowe lewactwo 😆

A szkoda, bo w klimacie umiarkowanym przejściowym wszystko się może zdarzyć. Także kolejna całkiem śnieżna zima.

PS. Mam nadzieję, że kolejnym już poruszaniem tego zakazanego tematu nie ściągnę na siebie gniewu sędziwych kolegów z Rady Dzielnicy zarzucających #BiZU „pseudoaktywności” 😉

PS2. To moje gdybania, jeżeli ktoś z Zarządu albo Urzędu chce się wypowiedzieć i powiedzieć, jak sytuacja wygląda naprawdę to zapraszam serdecznie. Tylko jawność nas uratuje!

PS3. W głupoty pt. „ścieżki rowerowe odśnieżajo a chodników nie” wierzą tylko wyjątkowo zindoktrynowane pelikany. Nie będę się do tego nawet odnosił, bo takich ludzi nic nie przekona.

Kategorie
Warszawa

Szybko, ale bezpiecznie (czyli dlaczego prędkość w mieście zabija)

Wszyscy znamy takich ludzi. Twierdzą, że gdyby wszyscy jeździli zgodnie z organiczeniami prędkości, to miasto by stanęło. Na 50 jadą minimum 70, na 70 minimum 100, a na wielopasmowej ulicy nie uznają ograniczeń prędkości wcale, bo przecież od tego są szerokie ulice, żeby jechać po nich szybko. Twierdzą, że “mają auto w pełni pod kontrolą”, że “przynajmniej nie zamulają”, że “mają umiejętności o których niedzielni kierowcy mogą pomarzyć”.

A potem przejeżdżają setką przez ruchliwe skrzyżowanie, ktoś zajeżdża im drogę i zabijają dziecko na chodniku. Co wydarzyło się dwa dni temu na ulicy Grochowskiej. Nie ukrywam, że ta tragedia głęboko we mnie siedzi. Może dlatego, że mam syna w podobnym wieku?

Zwężenia ratują życie

Na szczęście na moim osiedlu (odpukać!) o taką tragedię byłoby trudno. Jasne, zdarza się, że ktoś przygazuje na Posagu 7 Panien, ale meandrująca droga, wysepki oraz rondo sprawiają, że zanim się rozpędzi, to już hamuje. I prawidłowo, bo środek gęsto zaludnionego osiedla nigdy nie powinien służyć do rozwijania wysokich prędkości.

Co innego na Traktorzystów, gdzie na długiej prostej kierowcy lubią sobie depnąć albo przy al. 4 Czerwca 1989 r. Tam na szczęście pieszych jest mniej. Ale wypadki na skrzyżowaniu przy Factory zdarzają się dość regularnie. Przyczyna zazwyczaj jest taka sama jak na Grochowskiej. Jeden wymusza, drugi jedzie za szybko żeby zareagować.

Dobry kierowca reaguje na czas

Część kierowców uważa, że wina zawsze jest po stronie zajeżdżającego drogę. To bzdury. Jeżeli zakładasz, że wszyscy kierowcy będą zachowywać się przewidywalnie i zgodnie z prawem to jesteś beznadziejnym kierowcą. Po to właśnie są te wszystkie ograniczenia prędkości w mieście, żebyś miał szansę zareagować gdy coś pójdzie nie tak (a może pójść bardzo wiele – dziecko wybiegające na drogę, pijany kierowca, uber nie znający przepisów ruchu drogowego, zajechanie drogi, niespełniony rajdowiec, eksplozja opony w ciężarówce, itd, etc.).

Oraz żeby energia kinetyczna twojego auta (przypominam – rośnie z kwadratem prędkości) nie zabiła żadnego postronnego pieszego.

Nie bez powodu autostrady i drogi ekspresowe są drogami ograniczonego dostępu. Ograniczamy liczbę wjazdów i zjazdów, usuwamy z nich pojazdy wolnobieżne, pieszych i rowerzystów i właśnie dlatego możemy podnieść prędkość dopuszczalną do 120-140 km/h (oraz właśnie dlatego zatrzymywanie się na takiej drodze albo obecność na niej pieszego to takie zagrożenie). Minimalizujemy ryzyko.

Jeżeli ktoś po takiej drodze jedzie 200 km/h to w zasadzie wszystkie te służące bezpieczeństwu zabiegi idą jak krew w piach. Ktoś nagle przyhamuje, zmieni pas – i karambol gotowy. Zdaniem “miszcza kierownicy” z “umiejętnościami” oczywiście wina tego, co przyhamował… A nie tego, że okazało się, że jest beznadziejnym kierowcą.

Co zrobisz z zaoszczędzonym czasem?

Niestety, nadal jest grupa kierowców, do których to nie dociera. Każdą zmianę traktują jako zamach na ich cenny czas i wolność. Wysepka na Gierdziejewskiego przy STP Mory? Będą korki i strata czasu. Wysepki na Gierdziejewskiego? Będą korki i strata czasu. Światła na Traktorzystów? Teraz to wszystko stanie i nie będzie można nigdzie dojechać. 50 km/h na Jerozolimskich? Pruszków stanie w wiecznym korku, tak się nie da jeżdzić.

Policzcie sobie, tak szczerze, ile oszczędzacie czasu jadąc te 70 km/h zamiast 50 km/h? Razem ze wszystkimi światłami po drodze, skrzyżowaniami, korkami. Ja to liczyłem. Wyszło mi maksymalnie kilka minut przy przejeździe przez… pół Warszawy. Co planujecie zrobić z tym cennym czasem? Będziecie się uczyć gry na fortepianie?

Chłopiec z Grochowskiej już się tego nie nauczy. A mógłby, gdyby kierowca Toyoty jechał przepisowe 50 km/h i miał czas na reakcję. Naprawdę nie trzeba czekać na tragedię, żeby poprawiać bezpieczeństwo na warszawskich ulicach. Lepiej działać proaktywnie i eliminować zagrożenia zanim ktoś zginie.

Tym bardziej, że jako Polacy wymieramy, mamy najniższy współczynnik urodzeń w Europie. Co powinno skłonić nas do refleksji, że być może życie ludzkie jest dużo cenniejsze od tych kilku minut dziennie… Niestety, obserwując co niektórych nie mam na to wielkich nadziei.

Prosamochodowy radny Pragi-Południe z ramienia PiS. Login adekwatny do prezentowanych postaw życiowych.
Kategorie
Parkowanie Ursus

Długi i nudny wpis o parkowaniu (czyli jak rozwiązać nierozwiązywalny problem)

Wszystko wskazuje na to, że najgorętszym tematem 2026 roku w Ursusie będzie parkowanie.

Jedni chcą parkować wszędzie i za darmo, uważają, że chodzenie jest tylko dla biedaków bez auta, a miasto na każdym kroku walczy z kierowcami.

Drudzy nie życzą sobie samochodów na chodnikach i zieleni, nie chcą przepychać się między źle zaparkowanymi autami.

Jedni chcą zieleń wycinać, bo jest niepotrzebna i nie ma z niej żadnej korzyści, drudzy chcą tereny zieleni powiększać, bo uważają, że w dzielnicy jest za dużo betonu.

Spór na pozór nie do rozwiązania.

Choć moim zdaniem tylko na pozór, a istota problemu leży gdzie indziej, niż się większości osób wydaje.

Chętnych do kulturalnej dyskusji i otwartych na wymianę poglądów zapraszam do lektury, pozostali mogą się wykazać w komentarzach (przynajmniej przez kilka minut, potem pozostanie już tylko opcja płakania, że niedobry radny blokuje za niewinność).

PS. Jeżeli nie chce ci się czytać długiej teorii i chcesz przejść wprost do propozycji rozwiązań, kliknij tutaj.

Słowem wstępu

Problem z parkowaniem niewątpliwie istnieje, i to niezależnie której strony się o to spyta. Strona “propiesza” wskaże regularne łamanie prawa przez kierowców, jazdę po chodnikach, cofanie na ślepo, rozjeżdżanie zieleni itd. Strona “prosamochodowa” – że trudno jest zaparkować, że biznesy upadają bo brak parkingów, że straż miejska i konfidenci czepiają się o nic, bo zawsze tak było i nikomu to nie przeszkadzało.

Moim zdaniem szansa na jakiekolwiek rozwiązanie problemu istnieje tylko w przypadku wysłuchania obu stron. Jeżeli ktoś twierdzi, że “zawsze tak było i nikomu nie przeszkadzało” to raczej nie jest na to otwarty. Te głosy w debacie moim zdaniem należy zatem ignorować.

Podobnie jak te o straży miejskiej i donosicielach. Gardzę mentalnością dresiarzy i kiboli, nie jest to mój target ani elektorat, nie zamierzam o nich zabiegać ani się przed nimi uginać.

Jak chcą coś tam sobie furczeć o sześdziesionach i komfidentach to ich sprawa.

Warto rozmawiać (z odpowiednimi ludźmi)

Cała reszta jest natomiast warta rozważenia. Niewątpliwie splot kilku czynników – wzrostu świadomości mieszkańców, wycinania “parkingów społecznych” (tzw. “dziadoparkingów”, czyli betonowych placów otoczonych siatką z budką przy wjeździe) pod nowe inwestycje, wprowadzenie opłat na parkingach supermarketów czy dostosowywanie ulic do obecnych przepisów wpływa na zmniejszenie podaży miejsc parkingowych.

Jednocześnie popyt jest wysoki, bo jak często jest argumentowane “te samochody z dnia na dzień nie znikną”. Uważam, że to stwierdzenie jest w 100% prawdziwe (choć w perspektywie kilku miesięcy część z nich pewnie faktycznie zniknie).

Dodatkowo, najważniejszy i podstawowy problem powodujący to, że w Ursusie nagle brakuje miejsc parkingowych jest banalnie prosty. W ciągu ostatnich 12 lat populacja Ursusa zwiększyła się z 55 tys. do 71 tys. i ciągle rośnie.

Do tego wskaźnik motoryzacji stale rośnie. Nawet po rewizji CEPiKU pod kątem “martwych dusz” (czyli dawno zezłomowanych albo wyeksportowanych samochodów) widać, że aut jest ponad 2x więcej niż w 2004 roku. Niezależnie od tego czy są to auta flotowe, leasingowe czy prywatne – zajmują one fizycznie miejsce przy ulicach lub w garażach. 

Tymczasem fizycznego miejsca jest nadal tyle samo co było, ulice nadal są tej samej szerokości (jeżeli ktoś planuje wyburzanie budynków pod ich poszerzanie to ponownie życzę powodzenia w budowaniu większości pod tym pomysłem), a parkingów ubywa z powodów wymienionych wcześniej.

Problem jest, rozwiązań nie ma

Problem więc istnieje, natomiast politykom najłatwiej jest go rozwiązywać po prostu szczując jedną grupę na drugą i robiąc swoje. Od czasu do czasu wykonują też pewne ruchy – nie nadmiernie gwałtowne – żeby pokazać, że próbują coś z nim zrobić. Do tych ruchów należy chociażby (odbywające się w ciężkich bólach) zwiększanie aktywności Straży Miejskiej albo wykonywanie zmian na ulicach wymaganych ustawowo. 

Jednak o jakichkolwiek bardziej śmiałych pomysłach nie ma mowy. Co do zasady władze miasta liczą na to, że problem sam się rozwiąże (np. poprzez tworzenie parkingów na terenach wspólnot) a winę zwali się w razie czego na aktywistów. Tym samym frakcji “prosamochodowej” zapewniają kozła ofiarnego, a frakcji “propieszej” minimalne zmiany na lepsze. Panu Bogu świeczkę, a diabłu ogarek. Jednocześnie w praktyce nie zmienia się za dużo, więc umiarkowany elektorat nie jest nadmiernie wkurzony.

Podobny mechanizm widzieliśmy w przypadku awantury o Stop Alko, tylko tam problem wybuchł Platformie Obywatelskiej w twarz do tego stopnia, że Tusk musiał się wściec i ustawić swoich radnych w szeregu, żeby zagłosowali tak jak trzeba.

Tyle, że bez odważnych rozwiązań nie będzie wymiernych efektów.

Sprzeczne interesy

Druga sprawa to rozbieżne interesy różnych grup społecznych. Jeżeli ktoś należy do frakcji “propieszej” (jak ja) i jeszcze do tego ma dzieci, to szerokie chodniki, oddzielone zielenią od jezdni są dla niego oczywistą korzyścią. Żeby to zrozumieć, trzeba po prostu swoje przejechać z wózkiem dziecięcym i wychodzić z rozbieganym dzieckiem za rękę. Jeżeli ktoś należy do frakcji “prosamochodowej” i dzieci nie ma, to pyta po co całe to zielsko, przecież by to można wybetonować, a jak chce się zieleni to można pojechać do parku. Prawda? To przecież takie proste.

Nie ma sposobu, żeby dogodzić w 100% obu tych stronom. Przy obecnych przepisach ponadto dużo łatwiej dogodzić pieszym niż kierowcom (pisałem o tym więcej w ostatnim tekście o słupkach – trudno odzwyczaić się od złych nawyków).

Inną grupą są właściciele lokali usługowych. Dla tych więcej miejsc parkingowych to jest oczywista korzyść w postaci darmowych miejsc dla ich klientów. Oczywiście nie dla wszystkich lokali, bo przykład Salut czy Baru Mlecznego “Ursus” pokazują, że niektóre biznesy świetnie funkcjonują niezależnie od miejsc postojowych (Salut jeden sezon przeżył bez ulicy pod oknami, a mimo tego do lokalu codziennie waliły tłumy). Natomiast można przyjąć, że dla wielu owszem, ma to znaczenie.

Problem w tym, że to nie jest koniecznie korzyść dla mieszkańców. Na co mieszkańcy Szamot narzekają najczęściej? Na korki. Czy zwiększenie liczby klientów przyjeżdżających do lokali usługowych autem by te korki zmniejszyło czy zwiększyło? Na to pytanie polecam odpowiedzieć sobie samodzielnie. Jeżeli ktoś nie potrafi sobie tego wyobrazić, to polecam wybranie się w okolice Factory podczas Jungle Night. 

Nikogo nie powinno dziwić, że mieszkańcy okolicy przedkładają swoje interesy (brak korków, wolne od aut chodniki, mniejszy ruch pod oknem) nad interesy właścicieli lokali i przyjezdnych (łatwość zaparkowania, łatwy tranzyt przez osiedle). Każdy kieruje się przecież swoim interesem.

Oczywiście są na to argumenty przeciwne – że więcej miejsc to więcej stabilnych biznesów dostępnych dla mieszkańców. Z tym się zgadzam, jest to konkretna korzyść. Jedyne z czym się nie zgadzam to z twierdzeniem, że tylko miejsca postojowe mają na to wpływ. Moim zdaniem jest to całkowite ekonomiczne foliarstwo i płaskoziemstwo. Według oficjalnych statystyk 80% biznesów w Polsce nie dożywa 5 lat. Jest absolutnie niemożliwe, żeby w każdym wypadku była to wina miejsc parkingowych. Niemożliwe jest też to, że Smyk na Szamotach zwinął się z braku miejsc parkingowych – bo znajdował się dosłownie przed największym parkingiem w okolicy. Po prostu biznesy czasem upadają i tyle. 

Doskonałym przykładem jest Due Monti, która borykała się od początku z problemami z obsadzeniem stanowiska pizzera, mieszkańcy narzekali na obsługę pod wpływem alkoholu, na ciągłe puszczanie disco polo w lokalu. Ostatecznie pizzeria się zawinęła, a jej miejsce zajął Bar Mleczny Ursus, który od pierwszego dnia stał się ogromnym hitem. 

W okolicy nie przybyło tymczasem ani jednego miejsca parkingowego.

Czy Orka i tapasy zwinęły się przez brak miejsc postojowych? Dopuszczam taką możliwość. Jednocześnie należy zaznaczyć, że dopóki działali, to działali dzięki temu, że obowiązujący od 2014 roku zakaz parkowania przy ul. Posag 7 Panien po prostu nie był egzekwowany. Zakaz ten był wpisany w plan zagospodarowania. Czy właściciele w/w lokali kiedykolwiek złożyli wniosek o korektę planu?

Niedocenione znaczenie klientów chodzących pieszo

Frakcja “prosamochodowa” nie wierzy również w to, że wygodne dla pieszych ulice zwiększają obroty pobliskich lokali, choć są na to badania (1) (2) (3), a najwyższe czynsze w Polsce nie bez powodu znajdziemy przy deptakach.

Niestety, na to już nic nie poradzę, to chyba jest po prostu kwestia wiary i ideologii. Natomiast według mojego serdecznego kolegi zajmującego się zawodowo m.in. automatycznymi pomiarami ruchu pieszego, ul. Posag 7 Panien jest jedną z najatrakcyjniejszych pod tym względem ulic w okolicy – badanie wykonano na zlecenie jednego z sieciowych sklepów działających na miejscu.

Ciężki los dostawcy

Trochę osobnym tematem są miejsca dla dostaw. Na ul. Posag 7 Panien wyszedł z tego skandal, bo miejsca dla dostaw zgodnie z pozwoleniami na budowę powinny być zapewnione z terenu osiedli. Czy są? Myślę, że wątpię.

Inna sprawa, że dostawcy wcale nie chcą za bardzo korzystać z takich miejsc. Są pod ciągłą presją pracodawcy, ciągle się spieszą i najchętniej podjechaliby pod sam lokal albo pod samą klatkę. Część z was pisze, że powinniśmy im pozwolić, bo są w pracy. Absolutnie się z tym nie zgadzam. Jeździć po chodniku może tylko pogotowie i straż pożarna. Reszta nie ma do tego prawa. Istnieje zaawansowana technologia w postaci wózków, wielu dostawców z niej korzysta, jak ktoś nie potrafi to już nie jest mój problem.

Ja nie chcę żeby moje dziecko zostało zabite przez cofającego po chodniku dostawczaka i uważam, że skoro żyjemy w katolickiej Polsce, ostoi Cywilizacji Życia, to ten argument bije na głowę to, że pan kurier się zmęczy.

Osobiście ze “zwyczajowego” prowadzenia dostaw najmniej przeszkadza mi robienie tego z wyjazdów z posesji. Wiem, że wielu z Was tego nie znosi, ale póki co najmniej niebezpiecznych sytuacji widziałem właśnie w takich przypadkach. Po prostu i tak wszyscy jeżdżą po naszych wąskich ulicach powoli, więc wyjeżdżający zza dostawczaka samochód nie jest wielkim zaskoczeniem. Oczywiście, to jest pewien dyskomfort. Ale dla mnie dużo mniejszy niż dostawczak na chodniku.

Byłbym nawet skłonny, żeby delikatnie te wyjazdy poszerzyć pod kątem dostaw, choć pewnie wtedy miejsca te byłyby notorycznie zajęte przez parkujące tam auta (a do tego jest to niezgodne z przepisami).

Czy ktoś tu zginął???

To kolejny częsty argument. Po co wprowadzać tak drastyczne kroki? Przecież nikt tu nie zginął! Naprawdę chcecie czekać na to, aż dziecko waszego sąsiada zostanie zmielone na papkę przez ciężarówkę zanim wprowadzicie jakiekolwiek zmiany na ulicach? Naprawdę czekacie na to, aż staruszka zostanie potrącona przez cofającego dostawczaka? Jeżeli tak, to chyba nie mamy o czym rozmawiać, bo dla mnie to jakiś wyższy poziom znieczulicy i barbarzyństwa.

Wyciąć krzaki, to będzie miejsce na parking

To jeden z argumentów, który regularnie pada spod klawiszy frakcji “prosamochodowej”. Pomysł na pozór fajny. W praktyce? Niekoniecznie. Pozwolę się tutaj posłużyć przykładami praktycznymi. Założenia są proste. Dodajemy tylko miejsca, które można wytyczyć legalnie. Czyli odpada 10 metrów od skrzyżowania, od drogi pożarowej i miejsca dla pieszych. Poza tym przyjmujemy, że BZRD zgodzi się na każdą z naszych propozycji, a wytyczne Biura Architektury się nie liczą. Ile miejsc uzyskamy? Sprawdźmy to:

Jak widać da się wygospodarować więcej miejsc. Jest to fizycznie i prawnie możliwe. Jest z tego nawet całkiem przyzwoity uzysk, od 31 do 58% dodatkowych miejsc. Niektórzy sugerują, że na Habicha w okolicy Kompanii AK “Goplana” dałoby się wytyczyć miejsca w drugim rzędzie. Tyle, że tamtędy przebiega droga pożarowa. Jak chcecie skłonić urzędników do zmiany jej w miejsca parkingowe? Jak zdobędziecie na to pozytywną opinię Straży Pożarnej? Osobiście mogę tylko życzyć powodzenia.

Rozwiązania realistyczne

Jednym z rozwiązań jest zwiększanie liczby legalnych miejsc. Jak pokazywałem w sekcji o ulicach na Szamotach, to jest w ograniczonym stopniu możliwe (o ile przełamiemy opór Rady Warszawy oraz BAiPP i BZRD). Gorzej jest na starych osiedlach. Tam wiele miejsc funkcjonuje jako “zwyczajowe” (w praktyce nielegalne”), a część miejsc parkingowych jest wytyczona niezgodnie z obecnymi przepisami.

Czasami o takie miejsca upominają się mieszkańcy (przez zgłoszenia lub Budżet Obywatelski), czasem po prostu BZRD wymusza na dzielnicy ich likwidację. Co do zasady się z tym zgadzam. Życie ludzkie jest dla mnie wartością nadrzędną. Zwłaszcza życie i zdrowie dzieci.

Jednocześnie nie sposób zauważyć, że choć te działania są potrzebne, to po prostu zmniejszają podaż miejsc postojowych, choć popyt nadal pozostaje wysokim.

Więcej legalnych miejsc

Moim zdaniem miasto (przynajmniej w dzielnicach obrzeżnych) powinno podchodzić do kwestii wytyczania nowych miejsc w bardziej otwarty sposób. Jeżeli gdzieś można legalnie wytyczyć dodatkowe miejsca – to dlaczego stawiać temu opór?

Przykładem może być chociażby ul. Orląt Lwowskich, gdzie można by wytyczyć kilkadziesiąt miejsc kosztem wycięcia krzewów. Oczywiście żal mi tej zieleni, ale dużo bardziej będzie mi żal drzew na terenie RSMu, jeżeli spółdzielcy postanowią wyciąć je pod parkingi.

Godziny dla dostaw i sprawna Straż Miejska

Jeżeli chcemy, żeby dostawcy mieli zapewnione miejsca, jest jeden prosty sposób. Wystarczy wytyczyć na części miejsc pod lokalami miejsca tylko dla dostawców, dostępne w godzinach np. 8-11. Tyle, że żeby takie miejsca działały, potrzebne jest surowe egzekwowanie tych wymogów przez Straż Miejską (inaczej te miejsca będą notorycznie zajęte) oraz… dyscyplina wśród dostawców. 

Bo jeżeli przyjadą o 12, to nie będą mieć miejsca.

Rotacja, rotacja, rotacja

Podstawowy problem to rotacja. Na publicznych parkingach zalega mnóstwo aut, które nie są ruszane od tygodni, czasem miesięcy. Wystarczy spojrzeć jak wiele nich stoi teraz pod grubymi czapami śniegu. Nie wiem, czy to są auta na hobby, na handel, zapasowe, czy ktoś zaparkował na miesiąc bo wyjechał i nie chce wydawać na parking. Wiem tylko, że mnie to nie obchodzi. 

Miejsce w mieście jest towarem deficytowym i ograniczonym, trzeba w jakiś sposób się nim dzielić. Moim zdaniem najuczciwiej jest, żeby było przeznaczone dla mieszkańców okolicy oraz dla klientów okolicznych biznesów. Najlepszym sposobem na to jest wyznaczenie limitów czasowych (jak w Finlandii), czyli np. parkowanie do 3h w godzinach 9:00-16:00, poza tymi godzinami bez limitu. Część miejsc dostępna tylko za okazaniem identyfikatora mieszkańca.

To nie jest tak, że wszyscy na tym zyskają. Niektórzy na tych zmianach stracą. Kolekcjonerzy, właściciele flot aut służbowych, właściciele autokomisów, właściciele przyczepek reklamowych. Jest to jednak poświęcenie na które jestem gotów, ponieważ to ludzie, którzy albo mają drogie hobby (przepraszam chłopaki, ja też lubię graty, ale sami rozumiecie) albo bezpośrednio lub pośrednio zarabiają na tych miejscach postojowych. A skoro tak, to najwyższy czas urealnić koszty swojego biznesu i poszukać sobie miejsc prywatnych.

Miejsca dla mieszkańców i identyfikatory

Ostatnią sprawą są miejsca dla mieszkańców i identyfikatory. To rozwiązanie dla starych osiedli, gdzie miejsc notorycznie brakuje, bo nie ma pod nimi garaży podziemnych. Na ten moment to chyba jedyny sensowny sposób na wytyczanie dla nich miejsc, sprawdzony w dzielnicach w których obowiązuje Strefa Płatnego Parkowania Niestrzeżonego.

A, no i jeszcze SPPN. Wiem, że poparcie dla niej jest dużo niższe, niż dla ograniczeń czasowych, ale w obowiązującym porządku prawnym jest póki co jedynym rozwiązaniem na wymuszenie rotacji miejsc. Być może rząd dostrzeże potrzebę zmian legislacyjnych – ale póki co chyba za mało osób się tym tematem interesuje. Wbrew temu, co mówi Zarząd Dzielnicy, wiem z dobrego źródła, że ZDM umieścił już Ursus na liście priorytetów do wprowadzenia strefy, choć na dość odległym miejscu. 

Niemniej jednak trzeba się liczyć z tym, że strefa po prostu kiedyś do nas dotrze, czy tego chcemy, czy nie (ja chcę).

Słowem zakończenia

Każdy może wierzyć w to co chce. Ale warto, żeby kierował się w swoim działaniu faktami. Na takie osoby jestem otwarty i chętnie im pomogę. Na krzykaczach, partyjniakach i zaślepionych ideologią trollach mi nie zależy. Jeżeli uważasz, że jestem lewackim rowerowym radykałem to naprawdę nie musisz mnie czytać ani na mnie głosować. Ja sobie naprawdę świetnie poradzę bez ciebie. 

I tak, jak będziesz mnie obrażał to cię po prostu zablokuję. Mój profil na fejsie to nie jest oficjalny kanał komunikacji. Możesz sobie o to płakać do Przewodniczącego Rady, na grupach na fejsie i do samego Papieża. Nic to nie zmieni. Mój oficjalny email to kdaukszewicz@radni.um.warszawa.pl, poza tym są też dyżury radnych, a świetna ekipa Wydziału Obsługi Rady w razie czego połączy cię do mnie telefonicznie. Zapraszam do kontaktu w każdym momencie.

Jeżeli natomiast chcesz rozwiązania problemu i szukasz realistycznych rozwiązań, to serdecznie zapraszam do współpracy. Nie będzie to łatwe, bo Rada Warszawy rozpaczliwie próbuje nic w tej sprawie nie zrobić, a władze dzielnicy liczą na to, że spółdzielnie i wspólnoty wybetonują swoje podwórka i problem sam się rozwiąże. Ale jak na moje to wcale się nie rozwiąże.

Tym bardziej, że jeżeli dojdzie do budowy metra w Ursusie, to dopiero zacznie się Wietnam parkingowy, gdy mieszkańcy okolicznych miejscowości i osiedli będą próbowali zaparkować tuż pod stacją. Będzie się działo!

Kategorie
Ursus

Szamoty z drona – styczeń 2025

Od Świąt zostałem nowym pilotem drona na osiedlu. Będę co jakiś czas wrzucał tutaj kolekcję fotek, żeby dokumentować zmiany na osiedlu. Na pierwszy ogień idzie największa zima w historii osiedla.

Latam oczywiście legalnie, jestem już po kursie i rejestracji i zgłaszam loty w aplikacji DroneTower.

Kategorie
Parkowanie

Dlaczego słupki tak wkurzają?

Wiele jest w Polsce tematów, które dzielą społeczeństwo na dwie zupełnie inaczej nastawione części. Nie inaczej jest ze słupkami. Jedni ich nienawidzą i twierdzą, że “nikt ich nie chce”, inni z kolei zgłaszają do mnie, że dane miejsce trzeba osłupkować, bo boją się, że ktoś kiedyś rozjedzie im dziecko na chodniku.

Skąd zatem to wkurzenie na słupki? Oto moja hipoteza robocza:

Samochód jako wolność do nie planowania podróży

Auto to środek transportu. Wiem, że niektórzy są w swoich samochodach zakochani, inni zrobili sobie z nich hobby, ale co do zasady jest to środek transportu. Wygodny, ale niekoniecznie idealny do każdego zadania, jakie się przed nim stawia (podobnie jak młotek nie jest najlepszym narzędziem do wkręcania śrub).

Rowerem często jestem w stanie na krótkich dystansach być na miejscu szybciej od auta. W daleką podróż raczej się autem ponownie nie wybiorę – łatwiej kupić bilet na samolot i wynająć auto na miejscu. Na wyjazd służbowy często wygodniej zabrać się pociągiem. Natomiast w podróży do Łomży, gdzie pociąg nie dociera, auto jest bezkonkurencyjne.

To dość oczywiste prawdy, z którymi chyba nie ma sensu dyskutować.

Samochód miał natomiast pewną cechę, której inne środki transportu nie mają. Nie trzeba było specjalnie planować podróży. Rower, motocykl – wiadomo, może padać deszcz albo śnieg, trzeba sprawdzić pogodę itd. Transport zbiorowy wymaga z kolei trzymania się rozkładu jazdy. W aucie tymczasem niezależnie czy wstałeś godzinę spóźniony czy nie, po prostu wsiadasz i jedziesz. Najwyżej nadrobisz w trasie a potem zaparkujesz gdzieś na trawie, nie?

„Je**ne komuchy chcą mi odebrać wolność”

No i właśnie nie. Dzikie lata 90. i nieco mniej dzikie lata 2000. jednak się skończyły. Aut przybyło, ludzie zaczęli zwracać uwagę na takie głupoty jak przeżycie podróży, powszechne stało się zwracanie uwagi na drogową bandyterkę. Pojawiło się więcej odcinkowych pomiarów prędkości, fotoradarów itd. Z parkowaniem też zaczęło robić się krucho. Samochodów w Polsce co roku przybywa. Nieważne są te wszystkie głupoty o “martwych duszach” w CEPIKu które wypisuje czasem motoaktyw. To jest po prostu kolejny fakt, z którym dyskutować nie można.

Tymczasem parkingów ubywa, bo – tak się składa – zabudowywane są kolejne działki, na których przez wiele lat były lokalizowane parkingi społeczne, a zaparkowanie na chodniku albo na trawniku spotyka się z coraz większym oporem. Dodatkowo samorządy muszą wdrażać przepisy, które zwiększają bezpieczeństwo niechronionych uczestników ruchu – czyli zachowanie odległości 10 metrów od skrzyżowania, wjazdu od garażu czy przejścia dla pieszych.

No i tutaj pojawia się cały problem. Nagle auto nie jest takie super atrakcyjne, bo jednak trzeba podróż zaplanować – sprawdzić gdzie zaparkować, jak szybko uda się dojechać zgodnie z ograniczeniami itd. Naturalną reakcją normalnego człowieka jest… cóż, zaplanowanie podróży.

Drogowy furiat natomiast wchodzi na Facebooka i zaczyna wypisywać, jak to jest prześladowany i ciemiężony przez BANDYTÓW Z FOTORADARAMI i te słupki co pewnie szwagier ma ich fabrykę! To jest spisek eurokomuny, Tempo30 i Klausa Schwaba. Zamkną nas wszystkich w 15-minutowych gettach i każą jeść robaki. OBUDŹCIE SIĘ OWCOLUDZIE!!!111

Słupek jako narzędzie opresji

Z tego myślenia oczywiście bierze się nienawiść do słupków, rozumianych jako narzędzia opresji nad biedną klasą ludową, która tylko chce w spokoju dojechać i zaparkować. Przez słupki padają biznesy, starsi ludzie nie mogą dojechać do lekarza, a niepełnosprawni zostają wieźniami własnych domów.

Tyle, że wcale tak nie jest.

Słupki zazwyczaj są stawiane na prośbę obywateli. Tak, obywateli, którzy też mają samochody, ale np. mają małe dzieci i już po dziurki w nosie mają dostawczaków jeżdżących tuż pod ich przedszkolem. Biznesy tak padają, że na wolnym od parkowania Nowym Świecie czy bandycko zwężonej Świętokrzyskiej lokale prosperują jak nigdy wcześniej. Starsi ludzie są grupą która najrzadziej deklaruje jazdę autem (tak przynajmniej wyszło w badaniach na Pradze-Północ, zleconych przez skrajnie antyludzkie i prosamochodowe ugrupowanie “Kocham Pragę”), a najczęściej barierą dla niepełnosprawnych są… nieprawidłowo zaparkowane auta.

Czy słupki uderzają w najbiedniejszych? Moim zdaniem nie, bo może polecę tutaj stereotypem, ale najczęściej widuję na kopertach dla niepełnosprawnych, zieleni czy chodnikach naprawdę drogie fury, prowadzone przez kogoś, kto z całą pewnością śmierdzi groszem. Ale na parking najwyraźniej już skąpi.

Słupki oskarża się też o wydłużenie czasu interwencji służb. Pewnie tak w istocie jest. Ale wiecie, co je wydłuża jeszcze bardziej? Tak, zgadliście – źle zaparkowane auta. Blok w Markach najprawdopodobniej nie spłonąłby tak bardzo, gdyby strażacy mogli dojechać pod same okna. No ale nie mogli, bo drogi pożarowe były zastawione. Niedawno słynne też było wideo, w którym strażak wysiada z walizką z wozu i biegnie ile sił w nogach do pacjenta z zatrzymaną akcją serca, bo nie ma szans na przebicie się przez zaparkowane nieprawidłowo auta…

Ja się nie czuję zniechęcony

Także cóż powiedzieć, słupki to niestety naturalna konsekwencja rozkładu służb (Policja i Straż Miejska wydają się robić wszystko, żeby patokierowców w miarę możliwości nie karać) i frustracji mieszkańców. Tak, wiem, słupek kosztuje 600 zł. No ale jest dostępny całą dobę i nie każe iść na komendę, żeby składać zeznania w sprawie, która i tak zostanie umorzona z braku wykrycia sprawców.

Foliarze twierdzą, że to wszystko spiseg, żeby zniechęcić ludzi do jazdy autem. Powiem tak, ja się zniechęcony nie czuję. Bardzo chętnie jeżdżę nim na wycieczki, do teściów, poza szczytem także po mieście, od wielkiego dzwona pojadę nim do pracy, gdy nie chcę jechać na rowerze albo komunikacją. Jak jadę do centrum, to parkuję na płatnym, żeby nie tracić czasu i nie zawracać sobie tyłka szukaniem miejsca. Auto nadal jest bardzo wygodnym środkiem transportu. Wystarczy odrobina planowania.

A jeżeli chcemy, żeby miejsca były łatwiej dostępne, to musimy się zgodzić na ich ograniczenie dostępu do nich. Czy to finansowe, czy czasowe – to już decyzja dla społeczeństwa do podjęcia. Ale bez ograniczeń (pisałem o nich więcej w tekście o Finlandii) nie ma sensu robić miejsc dla gości, dla lokali czy dla dostawców – bo i tak jakiś Janusz Biznesu zaparkuje na nich swoją flotę taxi, kolekcję aut na handel albo 3 busy InPostu. Po raz kolejny jest to fakt, nie opinia.

Ale dla kogoś, dla kogo odległość z parkingu pod Biedronką na Herbu Oksza do przychodni na Posagu 7 Panien jest nie do pokonania, wszystkie te argumenty i tak będą nieważne… Także podejrzewam, że słupki nadal będą nas dzieliły. Widać tak musi być.

Kategorie
Komunikacja Miejska Warszawa

#TakDlaTramwaju, czyli historia pewnego protestu

Gdy przeczytałem, że prezydent Trzaskowski uważa tramwaj wzdłuż Pola Mokotowskiego za „kontrowersyjną inwestycję” z powodu protestów 20 osób, krew się we mnie zagotowała.

Jeszcze w listopadzie 2024 roku robiliśmy protest przeciwko nowemu przebiegowi ulicy Gierdziejewskiego. Petycję podpisało 1500 osób, na proteście zjawiła się ponad setka. Nie zmieniło to zupełnie nic w podejściu miasta do tej ulicy. Ale już 20 mieszkańców ekskluzywnego osiedla na Mokotowie miało wstrzymać kluczową inwestycję dla sieci tramwajowej w Warszawie? Nie ma mojej wachcie!

Razem z ekipą z forum Skyscrapercity zmontowaliśmy naprędce protest, zebraliśmy kasę na transparenty, zaprosiliśmy organizacje lokalne… No i zaczęły się schody.

Nie będę wnikał w personalia, ale zaproszeni na protest radni Warszawy albo nie odpisali, albo się obrazili, że jak śmiem organizować cokolwiek bez ich zgody i na ich terenie. Nic to, że zorganizowaliśmy wszystko za nich i powiedzieliśmy, że oddajemy im głos w tej sprawie. Urażona duma okazała się ważniejsza.

Pewnie przyczynił się też do tego sam Trzaskowski, który niedługo po swoich słowach o „kontrowersyjnej inwestycji” wycofał się z nich rakiem i przejechał prętem po klatce, wprost uderzając w MJN, że skoro tak bardzo domagają się tramwaju, to niech nie protestują też w sprawie innych inwestycji (chodziło o halę sportową na Skrze).

To pokazuje głębszy problem Warszawy – konsultacje odbywają się w tematach, w których trzeba je odbyć, można zignorować ich wyniki tak jak radny Szostakowski, który z właściwą sobie dumą i butą oświadczył, że Platforma Obywatelska zdobyła samodzielną większość, więc może ignorować wyniki konsultacji, nawet tych cieszących się największą frekwencją w zasadzie od wprowadzenia tego procesu do prac miasta.

Gdy temat jest faktycznie kontrowersyjny, konsultacji nie ma, a wszystkie materiały się utajnia. O wyniki badań ruchu na Gierdziejewskiego musieliśmy się dopraszać miesiącami, kluczowe pytania w kwestii hali na Skrze nadal pozostają bez odpowiedzi. Gdyby władze miasta miały jaja, to wychodziłyby na przeciw takich tematów z otwartą przyłbicą, odpowiadając na pytania i rozwiewając wątpliwości. Ale wolą przepychać je na kolanie, w tajemnicy – i jeszcze się dziwią, że mieszkańcy śmią protestować albo być niezadowoleni.

Tak czy inaczej, protest się odbył. Przybyła niewielka grupa (~15 osób) ze Skyscraperów, kilka osób z Partii Razem, przedstawiciele Zielonego Mazowsza oraz jedna osoba z Nowej Lewicy – wielkie, ogromne dzięki za przybycie. Cieszę się, że są w Warszawie organizacje na które zawsze można liczyć.

Dostaliśmy za friko skrzynkę jabłek od lokalnego handlarza (do tej pory je wcinam, bo nie przejedliśmy). Wydarzenie opisała Gazeta Wyborcza oraz portal Warszawa Naszemiasto z którego pozwoliłem sobie pożyczyć zdjęcia red. Jabłczyńskiego – mam nadzieję, że nie ma nic przeciwko.

Protest skończyliśmy okrzykiem, że „ponadto uważamy, że linia metra M3 powinna zostać zniszczona, a przynajmniej przeprojektowana”.

Materiały z protestu na wszelki wypadek zachowamy na później. Gdyby okazało się, że miasto będzie próbowało rakiem wycofać się z tego tramwaju, będziemy gotowi, żeby wesprzeć lokalsów w walce o te tory. Mimo foszków-paproszków i tym podobnych. Urazy nie chowam a walka o lepszy transport w mieście nie powinna dzielić, a łączyć!

Kategorie
Ursus

Ursus Szamoty – Terminy budowy ulic

Zgodnie z obietnicą wrzucam mapę z aktualnymi terminami budowy ulic na Szamotach. Terminy są oparte o informacje publiczne z urzędu, mogą ulec zmianie i dotyczą przekazania drogi we władanie dzielnicy – to oznacza, że dana ulica może być wybudowana wcześniej!

Ostatnia aktualizacja: 10.10.2025 r.

Kiedy wybudują ulice na Szamotach?

Legenda

Ciemnozielone – ulice przejezdne, niekoniecznie gotowe (może np. brakować zatok parkingowych albo jednej warstwy asfaltu).
Jasnozielone – ulice przejezdne, w planach przebudowa, podpisana umowa lub pozwolenie na budowę.
Pomarańczowe – ulice nieprzejezdne, przebudowa w planach.
Czerwone – ulice nieprzejezdne, brak planów.

Q oznacza w którym kwartale roku możemy się spodziewać przekazania drogi w ręce dzielnicy lub miasta (budowa może nastąpić wcześniej!), Q4 = czwarty kwartał (październik-grudzień).

Chwilowo odpuściłem aktualizację mapy rowerowej, ale pewnie w końcu wróci na stronę.

Archiwum

Link do wersji 1.0
Link do wersji 1.1
Link do wersji 1.2
Link do wersji 1.3
Link do wersji 1.4
Link do wersji 1.5
Link do wersji 1.6
Link do wersji 1.7
Link do wersji 1.8
Link do wersji 1.9

Kategorie
Parkowanie Ursus

Wyniki ankiety parkingowej na Szamotach

W zeszłym miesiącu przeprowadziłem internetową ankietę dot. parkowania na osiedlu Szamoty. Oto opracowanie odpowiedzi.

Zastrzeżenia co do wyników: Choć w ankiecie wzięło udział ponad 1000 osób, nadal były to osoby wybrane spośród odbiorców fanpejdża, mający dostęp do Facebooka i chcący wziąć w nim dobrowolnie udział.

Liczba aut na gospodarstwo domowe:

60% badanych ma jedno auto, 32% – dwa, 2,9% – trzy, 1,3% – cztery lub więcej. Zaledwie 3,6% nie ma samochodu wcale.

Pokazuje to, że hipotezy o tym, że obecnie normą są dwa lub więcej samochodów w gospodarstwie domowym są chybione. Jednocześnie widać, że prawie wszyscy mieszkańcy mają samochody.

Dostępność miejsc parkingowych:

  • 75% respondentów uważa, że miejsc parkingowych na osiedlu jest za mało, 21% że w sam raz, 1% – za dużo.
  • 73% respondentów ma prywatne miejsce parkingowe, 19,4% dwa miejsca. Więcej niż dwa miejsca ma zaledwie 1,2% respondentów, a 6,1% – nie ma żadnego. 
  • 73% respondentów wystarczy miejsc prywatnych na swoje auta, 27% – nie wystarczy.

Pytanie o wynajmowanie miejsc postojowych niestety jest wadliwe, ponieważ nie uwzględniało od początku odpowiedzi “nie, bo go używam”. Jest więc obarczone błędem i przez to stoi w lekkiej sprzeczności z pozostałymi odpowiedziami. Zgodnie z odpowiedziami 65% nie wynajmuje miejsc parkingowych, bo je używa. 12,4% nie, bo nie ma miejsc, 14% tak, 7% nie chce się wynajmować miejsc.

Miejsca płatnego szuka 11,1% respondentów, a średnia cena którą byliby skłonni zapłacić to 214 zł miesięcznie (mediana 225 zł, zakres 20-500 zł).

Poparcie dla uregulowania parkowania:

Poparcie dla Strefy Płatnego Parkowania Niestrzeżonego to 50/50.

Poparcie dla rozwiązań typu 1,5 h parkowania za darmo – 80% popiera.

Nawyki transportowe:

Co mnie zdziwiło, aż 52,2% badanych często jeździ autem w obrębie osiedla. Zdziwiło mnie to, bo sam staram się tego unikać kiedy mogę, ale okazuje się, że preferencje pt. pieszo/autem rozkładają się właśnie w ten sposób.

Natomiast jeśli chodzi o dojazdy do pracy/szkoły/dzieci – pytanie było wielokrotnego wyboru, więc nie sumuje się do 100%. Jest to spowodowane faktem, że wiele osób nie porusza się każdego dnia tym samym środkiem transportu, a część ma charakter bardziej sezonowy.

  • 63% jeździ samochodem
  • 37% jeździ pociągiem
  • 18% jeździ autobusem
  • 14% jeździ rowerem
  • 12% chodzi pieszo
  • 1% jeździ motocyklem lub skuterem
  • …a 6% wcale.

Pytania otwarte

(Była możliwość udzielenia wielokrotnych odpowiedzi).

Powody parkowania na ulicy, a nie w garażu:

  • 30% – nie miało możliwości zakupu miejsca, 
  • 15% – nie kupiło miejsca ze względu na wysoką cenę, 
  • 15% – wskazuje brak miejsc do wynajęcia, 
  • 10% – lokal usługowy, 
  • 10% – dodatkowe auto służbowe w gospodarstwie domowym, 
  • 5% – wynajem mieszkania bez miejsca, 
  • 5% – zmiana sytuacji życiowej i konieczność kupna dodaktowego auta, 
  • 3% – problemy techniczne (za duże auto na platformę, zakaz wjazdu aut z LPG), 
  • 7% – inne problemy.

Jak poprawić sytuację z parkowaniem?

  • 40% – przeprojektowanie ulic,
  • 25% – SPPN / wymuszenie rotacji miejsc,
  • 25% – surowsze egzekwowanie prawa,
  • 20% – wyznaczenie miejsc dla dostaw i gości,
  • 15% – budowa więcej miejsc postojowych przez deweloperów,
  • 10% – usuwanie wraków,
  • 10% – zmiana zieleni przyulicznej w parkingi,
  • 5% – poprawa komunikacji miejskiej
  • 5% – aplikacje do dzielenia się miejscami i inne innowacje,
  • 5% – inne pomysły.

Po przeprowadzeniu ankiet chcemy podzielić się z Wami propozycjami rozwiązań – oczywiście inicjatywa w tym przypadku leży po stronie miasta, ale chcemy przynajmniej pokazać, że rozwiązania zgodne z obecnymi przepisami i dbające o interesy zarówno kierowców jak i niechronionych użytkowników ruchu są możliwe do wprowadzenia. 

Potrzeba jedynie woli politycznej i chęci pochylenia się nad problemem, który został oceniony w badaniach Barometru Warszawskiego najniżej ze wszystkich dostępnych opcji (tylko 31% badanych wskazało dostępność miejsc postojowych za zadowalającą).

Kategorie
Różności

Pojechałem do Helsinek by sprawdzić, czy nie da się po nich jeździć

W Helsinkach – stolicy Finlandii – w zeszłym roku na drogach nie odnotowano ani jednego wypadku śmiertelnego. To zasługa bardzo restrykcyjnych przepisów dotyczących bezpieczeństwa ruchu drogowego oraz wprowadzenia w całym mieście strefy Tempo 30.

Wiadomość ta wywołała oburzenie publicysty Łukasza Warzechy, który napisał, że osiągnięto to “kosztem absurdalnego obniżenie limitu prędkości do 30 km/h i maksymalnego utrudnienia jazdy samochodem”.

Ponieważ w te wakacje postanowiłem wybrać się do Finlandii, kupiłem bilet promowy dla mojej Dacii i postanowiłem sprawdzić na własnej skórze, czy Helsinki to piekło kierowców.

Czy Helsinki są duże?

Trochę wstępu – zanim pojawią się zarzuty, że w Helsinkach mogą sobie pozwolić na niskie prędkości, bo jest to malutkie miasteczko.

Stolica Finlandii jest powierzchniowo większa od Warszawy (715,48 km² kontra 517.24 km2 – choć porównanie to na pewno zaburzają wyspy i otaczające je Morze Bałtyckie), jednocześnie mieszka w niej ok. 700 tys. osób (kontra 1,7 mln w Warszawie).

Aglomeracja stołeczna jest dużo większa i mieszka w niej ok. 1,6 mln osób (kontra 3,3 mln w Warszawie). Nie jest to więc małe miasteczko – choć jest o połowę mniejsze od Warszawy, jest dość rozwleczone, a odległości potrafią być całkiem spore, zwłaszcza wliczając sypialnie takie jak Espoo czy Vantaa. Gęstość zaludnienia wynosi 1,999.8/km2 – dla porównania, w Warszawie jest to 3,601/km2.

Jednakże w przeciwieństwie do Warszawy, Helsinki mają bardzo dobrą infrastrukturę transportową. Metro, tramwaje i dwie kompletne obwodnice ekspresowe + trzecia w budowie (istnieje krótki fragment).

Dla porównania, w Warszawie nie mamy żadnej obwodnicy miejskiej, o której można napisać, że jest kompletna. Do tego wszystkiego w stolicy Finlandii dochodzi rozległa sieć parkingów podziemnych oraz inne udogodnienia parkingowe, o których później. Trudno więc powiedzieć, że władze Helsinek jakoś szczególnie zwalczają kierowców.

Okiem turysty

Przez te 5 dni spędzonych w Helsinkach starałem się na potrzeby tego tekstu poruszać się albo autem albo pieszo. Schemat podróży samochodem za każdym razem był podobny – start w strefie Tempo 30 (czyli prędkość dopuszczalna 30 km/h), potem przejazd na drogę zbiorczą – jeżeli jest w gęstej zabudowie mieszkalnej to limit wynosi 40 km/h, jeżeli poza nią – 50 km/h. Następnie wyjazd na obwodnicę (80 km/h) i po jakimś czasie powrót na drogę zbiorczą i dotarcie do celu w strefie Tempo 30. Co ciekawe, same ulice są węższe niż w Polsce – standardowa szerokość to 3 metry na pas! U nas standard to 3,5 metra, nawet na drogach osiedlowych.

Pierwsze wrażenia? Jeździ się faktycznie powoli… Ale wrażenie szybko mija, ponieważ wszyscy, powtarzam, wszyscy trzymają się limitu. Na pewno pomaga w tym rozległa sieć fotoradarów, choć chyba nie tylko o to chodzi.

Różnica jest widoczna także z poziomu chodnika. W Helsinkach rzuca się w oczy bardzo duży ruch rowerów i hulajnóg. Bardzo często w użyciu są ciągi pieszo-rowerowe, a gdy ich brak, rowerzyści jeżdżą po prostu po chodnikach. Tyle, że… Ani razu nie doświadczyłem, żeby ktoś minął mnie na żyletki jadąc 30 km/h albo nie przepuścił na pasach. Zero. Null. Żadnego powoływania się na brak oznakowania pionowego czy inne bujdy. Wszyscy byli uprzejmi i zatrzymywali się gdy było trzeba. Dotyczyło to także aut. 

W szaleństwach na chodniku przeszkadzają także inne elementy infrastruktury, czyli rowki odpływowe na deszczówkę. Zobaczcie, jak pięknie eliminują niebezpieczną jazdę na na hulajnogach między pieszymi.

Co ciekawe, powszechnym zwyczajem jest… podziękowanie za zatrzymanie się na pasach. W trakcie podróży piesi podnosili do mnie rękę z uśmiechem jakieś kilkanaście razy. Szokująca sprawa.

Czasy przejazdu

Dwa razy wybrałem się w podróż w popołudniowym szczycie, żeby sprawdzić ile zajmuje przejazd przez miasto, gdy wszyscy wracają z pracy. Wyniki możecie sobie sprawdzić sami na zdjęciach – 19 km w 32 minuty (obwodnica) oraz 6,2 km w 24 minuty (centrum) – moim zdaniem czas jest bardzo przyzwoity, wręcz lepszy niż w Warszawie. 

Dlaczego? Myślę, że przede wszystkim odpowiedzialna jest duża płynność ruchu. Naprawdę, nie oszukuję – po Helsinkach jeździło mi się płynniej niż po stolicy Polski, po Kownie, po Tallinie – a wszystkie te miasta mają dużo szersze drogi i wyższe limity prędkości. Ba, w Helsinkach nie ma nawet zielonych strzałek…

Ale nie ma też cwaniaków zmieniających pasy jadąc 90 km/h na ograniczeniu do 50. Nie ma ciągłych dzwonów i stłuczek. Nawet w deszczu jeździ się płynnie, podczas gdy w Warszawie deszcz potrafi oznaczać +30 minut do czasu powrotu z biura. 

Krótko mówiąc, po przyzwyczajeniu się do używania limitera jeździ się dość nudno, ale spokojnie i przewidywalnie. Nie znaczy to oczywiście, że korków nie ma – ale spotkałem je głównie na obwodnicach, przy węzłach oraz w ścisłym centrum, gdzie skumulowały się remonty.

Raj dla normalnego człowieka, piekło dla “rajdowca”

No i właśnie, dochodzimy do sedna sprawy. Ograniczenia w Helsinkach wcale nie są “maksymalnym utrudnieniem” dla kierowców. Powtórzę jeszcze raz, w stolicy Finlandii jeździ się lepiej niż po Warszawie. I to dużo.

Ale na pewno nie pozwalają na osiągnięcie tzw. “przyjemności z jazdy”. Nie ma huczenia silników samochodów wyścigowych i pierdzenia wydechem. Łatwo włączyć się do ruchu. Łatwo zmienić pas. Łatwo wbić się na rondo. Ale dla tzw. “zapierdalaczy” to musi być piekło na ziemi.

Prawdę mówiąc poza zdarzającymi się często ograniczeniami do 40 km/h na dwupasmówkach wśród zabudowy mieszkalnej nie ma jakiejś ogromnej różnicy w limitach w Warszawie i w Helsinkach. U nas też na osiedlówkach prędkość to często 30 km/h. Też mamy limity na miejskich dwupasmówkach (częściej 60 km/h niż 50 km/h, ale zawsze). Tyle, że w Polsce mało kto ich przestrzega i najczęściej tnie się na nich minimum 80.

Skutki „uboczne” tego podejścia też są dość szokujące. Helsinki, mimo tego, że są większe od większości miast w Polsce, są zaskakująco ciche. Dużo cichsze od Tallina, Rygi czy Kowna. Nie słychać pierdzących wydechów, motocyklistów pałujących swoje maszyny do odciny ani innych tym podobnych atrakcji, których doświadczamy na co dzień w Warszawie.

Warzecha, podobnie jak inni motoaktywiści, zakłada, że wszyscy chcą jeździć “dynamicznie”, wyprzedzać, cisnąć ile fabryka dała, czerpać mityczną “przyjemność z jazdy”. Tymczasem dla większości osób które znam samochód to jest po prostu… środek transportu. Bardziej im zależy na dojechaniu do celu w przewidywalnym czasie i w jednym kawałku. Dla takich osób Helsinki to raj, a nie piekło. I mam nadzieję, że będziemy konsekwentnie szli w tym kierunku, Polski dla normalnych Polaków, a nie dla Majtczaków i Perettich.

Parkowanie w mieście

Jako mały bonus pozostawiłem kwestię parkowania w Helsinkach. W centrum miasta jest bardzo drogo. Naprawdę masakrycznie drogo, typu 30 euro za 5h parkowania. Natomiast zaparkować jest łatwo, wszędzie można znaleźć miejsca a do tego jest mnóstwo parkingów podziemnych. Miasto też stara się zachęcić do komunikacji zbiorowej – za 30 euro mogę kupić też dwa bilety dobowe dla dorosłych i dwójki dzieci, dzięki którym dostanę się m.in. promem na wyspę Suomenlinna, zabytek z listy UNESCO. Trzeba jednak zaznaczyć, że czas przejazdu zbiorkomem poza szczytem jest ok. 10-15 minut dłuższy niż autem. W szczycie nie ma większej różnicy.

Natomiast w innych częściach miasta parkowanie bardzo często jest… Bezpłatne. Ale limitowane czasowo. Kupujemy na stacji benzynowej dysk parkingowy za 3 euro, wsadzamy go sobie za szybę i parkujemy. Dzięki temu możemy np. zaparkować na 6h pod muzeum nauki albo na 2h pod restauracją. 

Podczas 5 dni w Helsinkach nie zdarzyło mi się krążyć za miejscem parkingowym ani razu. Niestety, jest skutek uboczny – mieszkańcy Helsinek praktycznie nie trzymają na publicznych miejscach różnych fajnych gratów (w trakcie całej podróży widziałem zaledwie dwa). Także Motobiedzie i Złomnikowi podróż w tamte rejony odradzam, prędzej znajdą fajne auta gdzieś w Turku albo w Tampere.

Ale z punktu widzenia zwykłego zjadacza chleba – bajka. Polecam Helsinki jako kierunek wakacyjny, o ile tylko nie przeszkadzają wam typowo nordyckie ceny. Nähdään!

PS. Żeby nie było, według indeksu zakorkowania tworzonego przez TomTom (firma od nawigacji), Helsinki znajdują się na wyższej pozycji (46) od Warszawy (121). Także może jednak to jest piekło kierowców? 😉