W projekcie nowego Studium urzędnicy z BAiPP przewidzieli niemal całych Szamotach (z wyłączeniem Diamond Business Park, szkół czy CH Factory) zabudowę mieszkaniową.
Z kolei były wiceprezydent Olszewski w rozmowie ze mną w 2023 roku podkreślał, że zgodnie z wyliczeniami które przeprowadzili w Ratuszu nie ma już zapotrzebowania na dodatkową powierzchnię magazynową w tej części Warszawy – bo inwestorzy i tak preferują gminy ościenne.
Rysunek nowego studium – większość północnych Szamot to mieszkaniówka oznacza symbolem MU7, czyli skala zabudowy taka jak na Skoroszach.
Także podejrzewam, że w Planie Ogólnym północne Szamoty i tak będą przeznaczone pod mieszkaniówkę. Albo w całości albo częściowo.
Ale nawet jeżeli PO zostanie zmieniony po myśli Zarządu Dzielnicy i oprócz (lub zamiast) mieszkań powstaną tam punkty handlowo-usługowe, to mam złą wiadomość. One też będą potrzebowały wygodnego dojazdu. Kto mieszkał w okolicy Galerii Młociny czy dowolnego innego dużego obiektu handlowego wie, że to też są potworne generatory ruchu (wystarczy zobaczyć co się dzieje, gdy jest wyprzedaż w Factory żeby sobie uświadomić o co mi chodzi).
Co możemy z tym zrobić?
Na pewno nie można się nastawiać na to, że te tereny zostawią zostawione odłogiem. Mowa o dużych, niezabudowanych działkach w granicach Warszawy, blisko metra i kolei, według radnej Kurzyńskiej szacunkowo wartych ok. ćwierć miliarda złotych.
Miasto tego nie wykupi. Właściciel tego nie odpuści. Pozostaje zatem to co zwykle – planowanie.
Zastanawiałem się nad tym, jak można wpiąć północne Szamoty w układ komunikacyjny dzielnicy Włochy oraz reszty Ursusa i wyszły mi takie oto luźne propozycje:
Obie niestety mają tę samą wadę – są niezgodne zarówno z MPZP dla Szamot jak i dla Pól Karolińskich. Ale niezgodność ta nie jest duża i w praktyce dotyczy terenu skupionego dookoła działki oznaczonej jako C8.1 U/IC, czyli planowanej elektrociepłowni gazowej.
Jest technicznie możliwe, żeby ominąć ją od północy i za pomocą specustawy drogowej przeprowadzić drogę pomiędzy osiedlami Szamoty i Pola Karolińskie.
Ale są też inne wyzwania.
Zalety:
Dodatkowe przebicie do Nowolazurowej które mogłoby przejąć w większości rolę obecnej ul. Szamoty.
Ulica Habicha w roli drugiego kręgosłupa transportowego osiedla.
Stworzenie naturalnego ciągu komunikacyjnego – Wiadukt WD-64, Orląt Lwowskich, Henryka Brodatego, Leszczyńskiego, Licencyjna, Chrościckiego, al. 4 Czerwca 1989 r.
Wady:
Znacząco zwiększony ruch na Habicha (dotychczas ulica z dwóch stron ślepa i dość spokojna).
Nowiutki odcinek Habicha od Goplany do P7P będzie wymagał przebudowy – 3 metry szerokości nie wystarczą dla autobusów, brak zatok i przystanków.
Konieczność skorzystania ze specustawy drogowej, żeby zignorować MPZP dla Szamot i MPZP dla Pól Karolińskich.
Konieczność dogadania się z dwoma kłopotliwymi interesariuszami – Wojskiem Polskim i PKP PLK (obie instytucje mają działki na Polach Karolińskich w miejscu przedłużenia Chrościckiego, czyli ul. 4KDL).
Konieczność przekonania dzielnicy Włochy, że w/w rozwiązania nie wleją tranzytu w Chrościckiego (może skrzyżowanie z al. Czerwca powinno mieć same lewo i prawoskręty?)
Jak widać wady znacząco przewyższają zalety (przynajmniej w ich liczbie), ale IMO wysiłek jest wart podjęcia.
W związku z licznymi interpelacjami i zapytaniami (w tym moją) Biuro Zarządzania Ruchem Drogowym w końcu przedstawiło jakiś plan udrożnienia feralnego skrzyżowania przy Factory. Niestety, bez dat i konkretów, ale coś przynajmniej się ruszyło.
Plan składa się z 6 punktów, które postarałem się nanieść na mapę.
Budowa ul. Hennela do Traktorzystów z osobnymi pasami do skrętu i światłami. To już zaległe zadanie, według pierwszych szacunków miało być już gotowe, ale projektowanie się przeciąga i końca nie widać. Ma na celu zmianę rozłożenia ruchu.
Jeden kierunek w ul. Szamoty (przynajmniej na początkowym odcinku) – czyli możliwy powrót na osiedle, a wyjazd z osiedla przez Hennela.
Tunel Traktorzystów – Świerszcza („ciekawe skąd na to pieniążki”, ale koncepcja ciekawa).
Wycięcie lewoskrętów z dróg podporządkowanych – czyli koniec z jazdą z Traktorzystów w stronę Bemowa i ze Świerszcza w stronę al. Jerozolimskich.
Zaprojektowanie nowego układu skrzyżowania Traktorzystów – Szamoty.
Dostosowanie programów sygnalizacji, budowa nowych jeżeli będą niezbędne.
Aktualizacja projektu Eko Parku oraz Nowego Bazarku Ursus;
Pierwsze osiedla poza Szamotami dodane do mapy (będzie ich więcej);
—
Mapę obejrzano w ciągu 3 lat ponad 420 tysięcy razy, co jest liczbą tak absurdalnie wielką, że aż trudno w to uwierzyć. Bardzo dziękuję za tak duże zainteresowanie projektem
Niedawno coraz częściej pojawiają się pytania o mieszkanie na Szamotach i to, czy warto się na nie zdecydować. Postanowiłem wkleić tutaj jeden z moich komentarzy z grup dzielnicowych, ponieważ wydaje mi się, że dobrze oddaje to co się „u nas” wyprawia.
Ja jestem zadowolony, ale tak jak inni piszą – to zależy od priorytetów. Ja bym w życiu się nie zamienił na segment lub domek w okolicy którego nic nie ma i po wszystko trzeba jeździć autem.
Dla innych każdy blok to „chów klatkowy” a wszystko dookoła to „betonoza” – takim osobom Szamot zdecydowanie nie polecam. Podobnie jeżeli ktoś chciałby mieszkać na parkingu wyłożonym kostką brukową i uważa, że jezdnie powinny być szersze od chodników, a zieleń to „krzaki” – raczej się tu nie odnajdzie.
Plusy:
– Dużo usług i handlu (tuż koło domu mam piekarnię, cukiernię, mięsny, warzywniak, market, Empik, kilka restauracji, dwóch weterynarzy, zoologiczny, dwie przychodnie na które akurat mam abonament).
– Są parkingi podziemne w blokach, także problem szukania miejsca odpada jak sobie wykupisz (sam tak zrobiłem i polecam).
– 2 stacje kolejowe w okolicy – przy wszystkich wadach to jest bezkonkurencyjnie szybki dojazd, z PKP Ursus do PKP Ochota jadę w 16 minut + 12 na dojście + 8 do pracy. Wychodzi z grubsza 40 minut, autem taki (albo lepszy wynik – rekord to chyba 25 minut) mogę wykręcić tylko w wakacje albo w ferie.
– Za ~2 lata metro na Karolinie – to też będzie w miarę spoko opcja (dojazd pewnie zajmie ok. 10 min autobusem albo rowerem), ale to już zależy kto gdzie pracuje.
– Infrastruktura pieszo-rowerowa jest powyżej średniej warszawskiej (tam gdzie jest). Nie ma ciasnych i krzywych chodników pozajmowanych przez auta jak np. w okolicach Prystora. Dla niektórych to wada, bo mniej parkingów, ale ja jako rodzic bardzo doceniam.
– Osiedla otwarte (poza jednym, które zostało wybudowane bez planu miejscowego). Możesz chodzić gdzie chcesz, jak wolisz plac zabaw z fontanną to idziesz na niego, nikt cię nie przegania.
Minusy:
– 8 pięter to jednak ciasno, dla miłośnika kameralnej zabudowy nie polecam.
– Drogi wyjazdowe są również ciasne i niewiele się zanosi na poprawę. Jeżeli jeździsz autem do pracy na 8 rano to nie jest dobre miejsce dla ciebie, bo się będziesz męczyć.
– Bez wykupionego miejsca postojowego podobnie.
– Dużo rzeczy jest jeszcze w budowie, do niedawna stałą śpiewką było, że „mieszkamy na placu budowy i trzeba przeżyć”. Ale najgorszy okres się skończył, bo jest już piesze przejście pomiędzy wszystkimi częściami osiedla a niedługo powinno być też kołowe.
– Zanieczyszczenia – nie wiadomo jaki będą mieć wpływ. Nikt nie jest w stanie tego wiarygodnie ocenić. Natomiast na pewno nie mają wpływu na wodę, bo ta jest pobierana z Wisły a zanieczyszczenia z gruntu nie są w stanie przeniknąć do wody tłoczonej pod ciśnieniem stalowymi rurami (źródło: podręcznik do fizyki dla szkoły podstawowej).
– Zieleni jest dużo w planach, ale mało w rzeczywistości. W sensie jeszcze nic nie wyrosło, część drzew pousychała. Na pewno z czasem będzie lepiej, pytanie czy masz te 10 lat żeby poczekać.
– Przedszkole dopiero co wybudowano, szkoła jest w budowie, ale wszystko o 5 lat za późno, znowu zaraz będzie za ciasno i będzie trzeba czekać na nowe inwestycje.
– Jest dużo ludzi, będzie więcej, bo wybudowano +/- 50% planowanych bloków a oprócz planowanych będą też nieplanowane (Lex Deweloper).
– Nadal jest dużo tzw. pierdolnika czyli tirowców i dostawczaków parkujących w jakichś zakamarkach po zakładach, wyrzucających tam śmieci i butelki z moczem albo opony, jakichś bezpańskich wysypisk i ruin. W większości są z dala od bloków, ale góra śmieci przy przedszkolu przy Silnikowej trzyma się mocno na widoku.
– Proces budowy drogi przez deweloperów + odbiory techniczne to droga przez mękę, do tego czasu nie ma śmietników, nie ma sprzątania, nie ma bieżącego utrzymania a potrafi się to ciągnąć przez 2 lata i więcej.
No i tyle. Mam nadzieję, że pomogłem w podjęciu decyzji!
Wydarzyła się rzecz przezabawna, a mianowicie pan Zbigniew Janas z Tajnej Komisji Zakładowej Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego „Solidarność” w Zakładach Mechanicznych Ursus napisał na stronę Urząd Dzielnicy Ursus m.st. Warszawy list w którym wyraża swoje oburzenie tym, że komuś nazwa ronda u zbiegu Habicha i Posagu 7 Panien może się nie podobać.
Tak się składa, że urodziłem się w roku 1988, czyli w czasie w którym zaczęły się przemiany demokratyczne w Polsce. Nie znam zatem innego systemu politycznego niż III Rzeczpospolita, można powiedzieć, że jestem dzieckiem demokracji i wolności.
Pan Janas dorastał w czasach PRL i najwyraźniej z pewnych rzeczy wyrosnąć mu się nie udało.
Doceniam jego walkę i zaangażowanie, ale uważam, że jeżeli ktoś wolność rozumie przez zakaz wszelkiej krytyki oraz dyskusji, to najzwyczajniej w świecie do tej wolności nie dorósł. Tak już czasem bywa, że dawni bojownicy czasów autorytaryzmu w nowych realiach odnajdują się co najmniej średnio.
Niemniej jednak wrzucam jego list, bo jako zapalony demokrata wierzę w to, że każdy ma prawo do wypowiedzi – niezależnie od tego, jak ją oceniamy. Tylko powinien zawsze, podkreślam – ZAWSZE mieć z tyłu głowy, że ta wypowiedź będzie oceniana. Bo mamy do tego prawo, bo na tym polegają ideały wolności.
Także do tego, żeby uważać, że nazwa „rondo Tajnej Komisji Zakładowej Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego „Solidarność” w Zakładach Mechanicznych Ursus” jest za długa.
Zdarzyła się bardzo piękna rzecz – dzielnica Ursus, we współpracy z Radą Warszawy, doprowadziła do nadania jednemu z rond nazwy Tajnej Komisji Zakładowej Solidarności w Zakładach Mechanicznych „Ursus”. Jestem z tego faktu dumny, bo TKZ to także historia mojej, ale też moich przyjaciół oraz koleżanek i kolegów, działalności opozycyjnej w czasach komuny. Pomysłodawcą tej nazwy jest Fundacja dla Ursusa.
Niedawno dowiedziałem się, że grupa osób, ale nie tyle nieświadomych historii miejsca, w którym mieszkają, ile radnych tej dzielnicy – tych, co wcześniej próbowali doprowadzić do nieprzyjęcia tej nazwy – przychodzi teraz na rondo, aby robić sobie zdjęcia pod tablicą. Ale nie na pamiątkę, tylko po to, aby potem dworować z tej nazwy. Pytam, czy mają świadomość z czego, a właściwie z KOGO się naśmiewają?
Tajna Komisja Zakładowa to nie był martwy twór organizacyjny. Tworzyli ją wspaniali i dzielni ludzie, z których bardzo wielu już nie żyje.
Czuję się upoważniony, aby zabrać w tej sprawie głos. Przez dwa lata, aż do dnia powstania Solidarności, pracowałem jako elektromonter w Zakładach Mechanicznych „Ursus” i choć nie byłem mieszkańcem tej dzielnicy, to właśnie tu jakiś czas ukrywałem się. Byłem przewodniczącym ursuskiej Solidarności i potem członkiem władz podziemia. Można też powiedzieć, że byłem szefem szefów Tajnej Komisji Zakładowej, gdyż przywódcy podziemnej solidarności ściśle współpracowali z TKZ-tem. Spotykaliśmy się regularnie i razem ustalaliśmy plany działania.
Moja historia to 11 lat walki o niepodległość. Przeżyłem wszystko: lata ukrywania się, dziesiątki aresztowań i więzienie. Latały za mną listy gończe. Moja rodzina, jak i rodziny pozostałych opozycjonistów, była śledzona przez bezpiekę. Nasze dzieci miesiącami, albo i latami, nie widziały jednego z rodziców. Może ktoś poważy się powiedzieć, że to właściwie taka typowa historia. Jednak to ja wyleciałem z roboty za moją działalność przeciw władzy komunistycznej! Wraz z rodziną przetrzymałem sześć lat bezrobocia w czasach, gdy nikt jeszcze o czymś takim nie słyszał. Mówię to dlatego, aby wzmocić siłę mojego mojego przekazu.
TKZ powstała tuż po wprowadzeniu stanu wojennego. Ludzie, którzy kierowali Solidarnością, albo dostali wyroki i poszli do więzienia, albo byli internowani, albo, tak jak ja, zeszli do podziemia. Ukrywając się, nie bylibyśmy w stanie przetrwać bez kolegów i koleżanek, którzy pracując w Zakładach, w ukryciu kierowali Tajną Komisją Zakładową. Było kilku szefów Komisji. Dlaczego? Bo aresztowania nie były rzadkością. Ktoś szedł do więzienia, to wtedy ktoś go zastępował. Ale wracali i działali dalej! Większość z nich aż do ’89 roku. Zobaczcie, ile to jest lat! To nie jest miesiąc, czy dwa, to są długie lata walki.
W 80% byli to robotnicy, niektórzy jedyni żywiciele rodzin! Więzieni, wyrzucani z pracy, z „wilczym listem” bez szans na zatrudnienie w państwowych fabrykach.
Tyle było wspaniałych postaci zaangażowanych w działalność Tajnej Komisji Zakładowej: Bogdan Bujak – jedyny żyjący szef TKZ, Bogdan Rogowski – prawdziwy robol od ciężkiej pracy przy traktorach, Czesio Latusek, Janina Górecka, Stasio Romanowski, Janusz Kucharczyk i Marek Jarosiński, który organizował strajki w ’89 roku. Pragnę też wymienić Jerzego Domżalskiego, autora książki „Gdy chcieliśmy być wolni”, który teraz spisuje historię Ursusa.
Ursus ma jedną z piękniejszych kart w historii Polski i Warszawy. Nie znam drugiej dzielnicy tak zasłużonej w walce o niepodległość, ale nie tylko. Ursus to również historia nowoczesnego polskiego przemysłu. To dzielnica wyjątkowa, bo jej historia splatała się z historią walki różnych pokoleń o wolność i niepodległość Polski: AK, KOR i Czerwiec ’76 roku, Solidarność nadziemna i ta podziemna w stanie wojennym.
I nagle pojawia się kilka osób, które albo nic nie wiedzą o historii miejsca, z którego kandydowali na radnych, albo (o zgrozo!) ich to nie interesuje.
Zwracam się nie tylko do tych, którzy drwią i umniejszają znaczenie Tajnej Komisji Zakładowej, ale też do tych mieszkańców Ursusa, którzy wybrali owych naśmiewców, oddając im prawo do decydowania. Jeżeli ponownie zechcą kiedyś kandydować do władz, nie zapomnijcie im drwin z ludzi, którzy za walkę o Waszą i ich wolność oraz demokratyczną Polskę zapłacili straszliwą cenę swojego życia i udręki przez całe lata. Dziś, w wolnym kraju, można ot tak sobie z czegoś kpić i nie pójść za to siedzieć. W czasach Komisji byłoby inaczej.
I jeszcze słów kilka do osób, które śmieszy nazwa, bo co to znaczy „ za długa”? Najpierw poznajcie historię a potem zabierajcie głos, bo można wstydzić się przez całe życie za to, co się powiedziało, napisało czy zrobiło.
Nie ma zgody na naśmiewanie się z ludzi, którzy wywalczyli wam wolność.
Zbigniew Janas
PS. Zwracam uwagę na to, że w liście autor użył pełnej nazwy Tajnej Komisji Zakładowej NSZZ „Solidarność” w Ursusie tylko raz, w pozostałych przypadkach używając form skróconych.
Dzięki Waszym 1585 głosom zostałem radnym dzielnicy Ursus;
Żeby to zrobić odpukałem 2083 mieszkania i odbyłem 717 rozmów;
Złożyłem 91 interpelacji dotyczących ważnych dla mieszkańców tematów;
Napisałem 12 podsumowań inwestycji na terenie dzielnicy;
Wziąłem udział w 23 z 25 posiedzeń oraz 128 z 148 głosowań;
Zabierałem głos 212 razy, co zajęło łącznie 178 minut wypowiedzi;
Wysłałem 261 maili do instytucji miejskich i dzielnicowych (z prywatnej skrzynki);
…oraz 47 ze skrzynki radnego;
Złożyłem w imieniu grup radnych 3 inicjatywy nazewnicze, z których 1 została odrzucona (Rondo ZM “Ursus”) i 2 przyjęte (ul. Marka Leykama, skwer Stefana Putowskiego);
Złożyłem 1 wniosek o uchylenie uchwały Rady Miasta (Rondo Tajnej Komisji Zakładowej NSZZ “Solidarność” w Ursusie);
Brałem udział w 4 zbiórkach podpisów (rejestracja list wyborczych, petycja ws. autobusów ekspresowych, petycja ws. remontu kładki na PKP Gołąbki i ws. zachowania drzew w Eko Parku).
Byłem jednym z prowodyrów awantury o katastrofalny stan PKP Ursus Północny, która ostatecznie doprowadziła do rozpisania przetargu na remont przystanku.
Dwa z moich projektów do Budżetu Obywatelskiego wygrały tegoroczne głosowanie, a pozostałe dwa (z poprzedniego roku) zrealizowano “w terenie”.
Czy to dużo? Oceńcie sami. Na pewno chciałoby się więcej, ale na energię do prowadzenia działań w Waszych imieniu mocno wpłynęła pewna mała dziewczynka, która przyszła na świat w lutym 2024 roku.
Z tego powodu proszę o trochę wyrozumiałości dopóki nie pozwoli mi skutecznie przesypiać nocy.
Od jakiegoś czasu w naszej dzielnicy nie ma nudy. Dlatego zapraszam na ostatnie już w tym roku podsumowanie inwestycji w Ursusie. No i zapraszam ponownie w styczniu 2025!
Zapraszamy do podsumowania inwestycji w Ursusie za Październik 2024 roku. Jeżeli coś mi umknęło, dajcie znać w komentarzach na Facebooku albo napiszcie na kontakt@zielonyursus.pl – uwzględnię poprawki w tekście!
Coraz bardziej wydłuża mi się czas pisania podsumowań, bo aż tyle dzieje się w dzielnicy. Można by pomyśleć, że jakieś wybory się zbliżają, a przecież to nieprawda. Pozostaje się cieszyć – bo już mam mnóstwo materiału na podsumowanie października. Tymczasem zapraszam do lektury artykułu o tym, co w Ursusie we wrześniu piszczało:
Właśnie wróciłem z wakacji u naszych północno-wschodnich sąsiadów, i nie byłbym sobą, gdybym w trakcie wyjazdu nie podpatrywał rozwiązań związanych z infrastrukturą oraz działaniem miasta jako-takiego.
Historia
Litwa to kraj, który w przeciwieństwie do Polski nie zachował nawet “satelickiej” niepodległości po IIWŚ, tylko został włączony w skład ZSRR jako jedna z republik członkowskich. Nie zdziwiło mnie więc, że tuż po odzyskaniu niepodległości kraj ten był w absolutnym ogonie statystyk dotyczących bezpieczeństwa ruchu drogowego – Polska w latach 90. też była drogową rzeźnią, na ulicach samej Warszawy ginęło kilkaset osób rocznie (szczyt wyniósł aż 314 ofiar w 1991 roku).
Demografia
Podczas gdy Polska zmaga się z długotrwałym niżem demograficznym, Litwa w zasadzie przeżywa demograficzną zapaść. Po otwarciu granic Unii Europejskiej z kraju wyjechało mnóstwo osób, a te które zostały, nie za bardzo chcą rodzić dzieci.
Bezpieczeństwo ruchu drogowego
Litwini postanowili dodać 2 do 2 i wyszło im, że zabijanie pozostałej populacji przez bezsensowne wypadki drogowe im się nie opłaca i koło 2019 roku postanowili dokręcić śrubę piratom drogowym, pijanym kierowcom itd. Spadek liczby ofiar od 2019 do 2022 roku wyniósł aż 35% i sprawił, że Litwa spadła w tej niechlubnej statystyce poniżej średniej unijnej. Rok 2023 wyglądał już gorzej (wzrost o 30% rdr), ale liczba ofiar nadal jest niższa o 14% od 2019 roku.
W tym krótkim artykule postaram się pokazać, co na Litwie mogło zadziałać, a czego mogą się od nas nadal nauczyć (a wbrew pozorom mamy trochę powodów do zadowolenia).
Brak parkowania na chodnikach
To jest absolutny szok kulturowy na Litwie. Nie ma parkowania dwoma kołami na chodniku, nie ma parkowania na chodniku “tylko na chwilę”. Po prostu nie ma go wcale. Niezależnie od tego czy mówimy o małej wiosce czy dużym mieście, to zjawisko po prostu nie istnieje.
Korzyści z tego są znane – praktycznie nie istnieje w statystykach kategoria potrąceń na chodnikach (w Polsce nadal częste), chodniki dłużej nie potrzebują naprawy.
Nie wiem, jak Litwinom udało się pozbyć tego postsowieckiego zwyczaju, podejrzewam, że chodzi o drakońskie i nieuchronne kary oraz powszechność parkowania na jezdni. Nie zauważyłem, żeby ktoś robił tak jak na Gierdziejewskiego, czyli utrzymywał pasy ruchu po 5 metrów i wypychał parkowanie na chodnik – z szerokiej jezdni praktycznie zawsze były wytyczone albo pasy rowerowe, albo parking, albo i jedno i drugie. Tego zdecydowanie powinniśmy się od nich uczyć.
Ktoś może teraz powiedzieć “ale spójrz na średnią gęstość zaludnienia na Litwie i w Polsce”. Na ten przykład Warszawa ma gęstość zaludnienia 3600 os/km², a Wilno 2000 os/km². Duża różnica.
Jednocześnie Litwa jest bardziej zurbanizowana (68% do 60%) od Polski, ergo jest tam więcej pustych przestrzeni, ale ludzie bardziej trzymają się ośrodków miejskich.
Tymczasem (prawie) nikt nie chce parkować w pustych miejscach. Wszyscy chcą parkować w miastach czy wsiach, bo tam są rzeczy, które ich interesują. Miejscowości turystyczne, które odwiedzałem były nabite zmotoryzowanymi turystami (do Połągi i Świętej nie dojedżają pociągi). Mimo tego, wszyscy grzecznie szukali miejsc wyznaczonych.
Ba, każda z tych miejscowości miała wprowadzone parkowanie płatne podzielone na kilka stref cenowych…
To chyba najbardziej „polskie” parkowanie jakie znalazłem – ale nadal ten bieda-chodniczek od strony jezdni to miejsca wyznaczone, a nie dziki parking!
Trudno też mówić, że Litwa jest dużo mniej zmotoryzowana od Polski – u nas jest to ok. 680 pojazdów na 1000 mieszkańców, na Litwie 560 pojazdów na 1000 mieszkańców (nie wnikam tutaj w „martwe dusze” w CEPiKu oraz inne technikalia – to po prostu porównanie jednej statystyki krajowej do drugiej). Także podtrzymuję tezę, że to nie o gęstość zaludnienia chodzi, lecz o kwestię kultury (albo raczej jej braku u elementu parkującego na chodnikach).
Progi zwalniające
Litwini najwyraźniej uznali, że większość wypadków ma miejsce na szerokich, postsowieckich ulicach w małych miasteczkach i stwierdzili, że czas temu zaradzić. W związku z tym na drogach prowadzących przez miasteczka masowo zaczęły powstawać progi wyspowe. Litwinów nie obchodzi, czy daną jezdnią jeżdżą autobusy czy TIRy, progi mają być i basta. Jeden próg widziałem nawet na przejściu dla pieszych przez drogę kategorii “A” (czyli taką ich krajówkę, nie autostradę – na tych przejść nie uświadczymy).
Ślady ich budowy widać praktycznie w każdym miasteczku. I oczywiście nadal są miejsca, gdzie ich nie ma, choć powinny być. Ale w porównaniu do Polski widać ogromny postęp. U nas po powrocie przywitały mnie takie widoki:
W porównaniu do zdjęcia Google miejscowość przeszła remont… ale tylko chodników. Jezdnia została taka, jaka jest. Zero progów, zero azyli, zero parkowania na jezdni – wszystko mimo tego, że obok otwarto nowiutką S61.
Najwyraźniej jako naród po prostu lubimy, jak ktoś morduje nasze dzieci na przejściu dla pieszych ¯\_(ツ)_/¯
Fotoradary
Nie znam szczegółów programu dotyczącego fotoradarów na Litwie, ale ewidentnie znajdują się na wszystkich krajówkach oraz autostradach. I to nie w formie żółtych skrzynek, a niepozornych kamer znajdujących się na słupach. Oczywiście – jest znak ostrzegawczy. Na autostradach znajduje się ok. 350 metrów wcześniej, więc czas na reakcję nie jest zbyt duży. Na drogach niższej klasy ostrzeżenia pojawiają się wcześniej.
Efekt? Na drogach praktycznie nie ma Sebków Majtczaków jadących 340 km/h i próbujących zabić jakąś niewinną rodzinę. Oczywiście też nie jest idealnie, czasem ktoś mrugnie długimi podczas wyprzedzania, a ponadto kierowcy nie za bardzo utrzymują prawidłowy odstęp na autostradzie. Ale w porównaniu do polskich dróg? Niebo a ziemia.
Czego Litwini mogą nauczyć się od nas?
Jak wynika ze statystyk, największy wzrost liczby wypadków od 2019 dotyczył regionów Wilna oraz Kowna. Zupełnie nie jestem zaskoczony. Wilno odwiedziłem 6 lat temu, Kowno i Kłajpedę w tym roku i muszę powiedzieć, że o ile “na prowincji” Litwini zrobili ogromny postęp w dziedzinie bezpieczeństwa ruchu, tak polskie miasta… wyglądają po prostu lepiej.
Kłajpeda na ten przykład wita nas gigantycznym rondem bez sygnalizacji, które wywołuje dreszczyk emocji przy próbie wjechania i opuszczenia go.
Przejścia dla pieszych? Często niewidoczne, zarośnięte, przysypane żwirem. Bardzo dużo wysokich krawężników, niedostosowanych do potrzeb osób z niepełnosprawnościami. Dużo przejść przez kilka pasów bez sygnalizacji (wiem, u nas też są – ale mam wrażenie, że w Warszawie było ich o wiele mniej).
Drogi wydają się być jeszcze szersze niż u nas, a do tego oznakowanie poziome jest notorycznie powycierane (nie mówiąc o tym, że samo wymalowanie przejścia dla pieszych za pomocą dwóch linii jest dużo mniej czytelne).
I oczywiście po raz kolejny znowu nie jest tak, że na Litwie w miastach wszystko jest źle, a u nas wszystko dobrze.
Tam też widać miejsca, w których zadbano o bezpieczną infrastrukturę dla pieszych i rowerzystów, u nas też są ulice, które nie mają sensu dla nikogo.
Podsumowanie
Mam wrażenie, że proporcje w Polsce i na Litwie są odwrócone. Tam to małe miasteczka i drogi krajowe stawiają mocno na bezpieczeństwo ruchu drogowego, u nas raczej metropolie (a przede wszystkim Warszawa, której mam dużo do zarzucenia, ale jednak w statystykach dotyczących wypadków stale idzie w dół mimo bardzo intensywnego ruchu drogowego).
Tak czy inaczej, życzę zarówno Litwinom jak i Polakom, żeby dalej konsekwentnie dążyli do poprawy warunków życia w swoich krajach oraz ograniczania liczby ofiar na drogach. Wojnę z chamstwem i piractwem drogowym trzeba toczyć dopóki bije w nas krew i dopóki Sebki Majtczaki chodzą po tym świecie bezkarne.
PS. To nie jest profesjonalna analiza. Odrobiłem jakieś 30 minut riserczu i robiłem zdjęcia na wakacjach, a ten tekst to felieton pełen luźnych spostrzeżeń. Także jeżeli masz jakieś fachowe uwagi, daj znać, chętnie się do nich odniosę 🙂
PS2. Jeżeli szukaliście polecajki wakacyjnej – w 100% polecam Połągę i Świętą, ale nie nastawiajcie się na to, że na Litwie jest bardzo inaczej niż nad polskim morzem. Może jest trochę spokojniej, ale to nadal klimat kojarzący się z Sopotem czy Jastrzębią Górą, a do dzikiej plaży trzeba kawałek przejść (czyli w sumie jak u nas). Paragony grozy budzą mniejszą grozę, bo są w Euro, ale tanio wcale nie jest.
W ramach jednego wypadu można też odwiedzić Lipawę i Kłajpedę – obie te propozycje są ciekawe, choć z różnych powodów. Kłajpeda to nowoczesne, bałtyckie miasto które tętni życiem, Lipawa – postsowieckie miasto portowe z wieloma pamiątkami po ZSRR ale też świetnymi, hipsterskimi lokalami skrytymi w portowych uliczkach. Także dla każdego coś ciekawego 😉