Kategorie
Parkowanie Różności Warszawa

Warszawskie Badanie Ruchu 2025 – jak zszyć Warszawę z metropolią?

Po raz kolejny wracam do tematu Warszawskiego Badania Ruchu, tym razem w formie felietonu. W komentarzach wrzucę linki do postów #BiZU w których omawialiśmy same wyniki WBR.

Wyniki WBR 2025 pokazują, że skończył się czas płakania nad suburbanizacją. Musimy po prostu przejść nad nią do porządku dziennego, bo lepiej nie będzie. Pozostaje tylko pytanie jak urządzić miasto w sposób, który będzie akceptowalny zarówno przez jego mieszkańców, jak i mieszkańców metropolii, którzy z Warszawy korzystają.

Domek pod miastem jako marzenie klasy średniej

Sam lubię się powyzłośliwiać w stronę mieszkańców segmentów pod miastem. Głównie dlatego, że mam dość ich głupawych komentarzy o tym, że mieszkanie w bloku to niewola i chów klatkowy. Ale też trudno mieć pretensje do nich, że dokonali rozsądnych wyborów ekonomicznych. Nie każdy ma takie potrzeby i styl życia jak ja. Niektórzy zamiast sklepów do których dojdą spacerkiem wolą wycieczkę autem do galerii handlowej, a zamiast łażenia po mieście wolą chillout w swoim ogródku – nawet jeżeli jest to mały ogródek.

A różnica w cenie pomiędzy segmentem a mieszkaniem w bloku jest wystarczająco duża, żeby przykryć resztę wad. A mówimy przecież o mieszkaniu w bloku w Ursusie, czyli na obrzeżach Warszawy. Komfortowe pod względem usług centrum miasta jest dużo, dużo droższe – i w praktyce niedostępne cenowo dla “średniaka”.

„Dla uczciwych to piekło, dla cwaniaków – raj. Dla głupich – głupota, dla mnie to mój kraj”.

Suburbanizacja zatem będzie rosła do momentu, aż zostanie wyczerpania przepustowość nowych dróg wjazdowych do Warszawy. Piszę nowych, bo ewidentnym jest, że jednym z motorów wyprowadzki pod miasto była budowa nowych wylotówek z Warszawy. Pokazuje to potężny wzrost ruchu od strony S17 – 131%, A2 wschód – 102%, A2 zachód – 47%, S8 – 46%.

Tymczasem ruch z Łomianek wzrósł o raptem… 2% w ciągu dekady. Tak, tych samych Łomianek, które domagają się buspasa do Warszawy i narzekają na potworne korki. To dlatego, że wyjazd z Warszawy w stronę Łomianek nadal wygląda tak samo jak na początku lat 90., a transportu szynowego po prostu nie ma. To wpływa na brak oferty transportowej dla nowych mieszkańców. Ale spokojnie, to też się zmieni wraz z budową trasy S7 z Bemowa w stronę Gdańska.

Tak czy inaczej, prędzej czy później suburbanizacja osiągnie swój limit. Czy to przez wyczerpanie się przepustowości dróg wjazdowych, czy to przez… wyczerpanie się strumyczka ludzi, którzy chcą zamieszkać w aglomeracji warszawskiej. Ostatecznie przecież Polska się starzeje, a dzieci jest coraz mniej. Ale do tego czasu jeszcze długa droga, a my musimy nauczyć się z suburbanizacją żyć. Co nie będzie takie łatwe, bo nasze interesy są często odmienne.

“Żyć, czyli dojechać i zaparkować”

Przykład Łomianek pokazuje, że o ile domek pod miastem może być przystępnym cenowo marzeniem, to jednak dojazd do Warszawy jest dla suburbian ważny. Nie jest to dziwne, bo w obrębie suburbiów zazwyczaj trudno o jakiekolwiek usługi. Możemy narzekać, że na Szamotach jest za mało sklepów wielkopowierzchniowych, ale w porównaniu do dowolnego osiedla pod miastem dosłownie toniemy w sklepach i usługach. To sprawia, że mieszkańcy przedmieść muszą ciągle gdzieś jeździć. Szkoła, zakupy, rozrywka – wszystko to wymaga wycieczki, w najlepszym wypadku do jakiegoś centrum handlowego pod miastem, w najgorszym – do stolicy. Do tego dochodzą dojazdy do pracy.

Tak długo, jak wszystko to mieści się w akceptowalnym czasie kilkudziesięciu minut do godziny – suburbia są w stanie to zaakceptować. Ma to jednak swoją cenę dla mieszkańców miasta. Ceną tą są przeskalowane, niebezpieczne i antyludzkie drogi przecinające serca dzielnic (Puławska, Targowa, Grochowska) oraz parkowanie gdzie popadnie, co dla niektórych jest obojętne, ale dla wielu moich czytelników jest jednak nieakceptowalne.

Jedyną alternatywą jest tak naprawdę transport zbiorowy, ale do wielu miejsc po prostu nie dociera i już nie dotrze (chaotyczna zabudowa pogrzebała jakiekolwiek szanse na dociągnięcie tam np. kolei albo nawet jakiejś sensownej linii autobusowej). Rowerem jest niestety za daleko, plus zazwyczaj nie ma również jak wytyczyć sensownej infrastruktury rowerowej, a po jezdni w Polsce jednak nadal strach jeździć.

Miasto więc utrzymuje status quo, nieśmiało go czasem kontestując, co zazwyczaj spotyka się z histerycznymi reakcjami i apokaliptycznymi wizjami przeciwników tych zmian – jak na Jana Pawła II czy Marszałkowskiej – jednocześnie całkowicie ignorując fakt, że na znakomitej większości ulic do żadnego zwężania nie dochodzi.

Po zwężeniu al. Jana Pawła II Warszawa miała stanąć w jednym wielkim korku, karetki miały nie dojeżdżać do szpitali a ludzie mieli umierać tysiącami. Jak zwykle okazało się, że nic z tego nie wyszło.

Sprzeczne interesy mieszkańców miasta

Ale to nie jest jednak tak, że sprzeczne interesy występują tylko na styku miasta i suburbiów. Wewnątrz miasta też nie każdemu podobają się zielone ulice. Niektórzy uważają, że to wymów “złej Unii która nakazuje zwiększać powierzchnię biologicznie czynną” inni, że jest to “zamach na kierowców i próba do zniechęcenia do motoryzacji”. Są to oczywiste bzdury, ale na poziomie emocjonalnym z całą pewnością bardzo ich dotykają.

Niestety, bardzo często takie osoby nie potrafią zrozumieć, dlaczego pieszym czy np. rodzicom z dziećmi takie zmiany się podobają. Dlatego trudno znaleźć z nimi nić porozumienia czy rozmawiać o kompromisie.

Dla niektórych osób taki widok to piekło. Nie rozumiem i nigdy nie zrozumiem tego sposobu myślenia.

Sam przecież jestem kierowcą, który od momentu przeprowadzki do Ursusa praktycznie zrezygnował z jazdy transportem zbiorowym. Po prostu nie jest mi do niczego potrzebny – do pracy szybciej dojadę rowerem lub autem, sprawy codzienne szybciej załatwię na piechotę. Dość powiedzieć, że w zeszłym roku pokonałem ok. 12000 km autem (choć w większości poza miastem), ok. 1800 km rowerem i ok. 1700 km na piechotę.

Mimo tego nie czuję się jakoś szczególnie dyskryminowany jako kierowca. Nie mam dosłownie żadnego problemu z parkowaniem, którego nie potrafię pokonać krótkim (do 0,5 km) spacerem albo zapłaceniem za parking. Drogi w Warszawie w większości są szerokie i dobrze utrzymane. Budowa dróg na Szamotach kuleje, no ale to nie wynika z żadnego spisku przeciwko kierowcom, piesi i rowerzyści dostają po twarzy równie mocno jak nie bardziej. Tempo inwestycji miejskich również kuleje, no ale ponownie – to nie tylko tych dotyczących aut. Wystarczy spojrzeć na to, jakie były przygody z Tramwajem do Wilanowa albo jak “szybko” idzie budowa rowerowej trasy N-S.

Niestety, w przypadku inwestycji na skraju samorządów to tempo jest jeszcze gorsze, a problemy jeszcze większe. Ustawy Metropolitalnej dla Warszawy tymczasem nadal brak, choć na każdym szczeblu rządzi Platforma Obywatelska, a mieszkańcy miast to jej najwierniejszy elektorat. Na co czekają?

Jak odkorkować miasto?

Paradoksalnie, dzięki pandemii i pracy zdalnej jednocześnie pchamy się w suburbanizacyjno-samochodową katastrofę oraz… trochę jej uniknęliśmy. Dzięki temu, że zmieniły się nawyki transportowe warszawiaków, otworzyło się trochę luzów na ulicach, które szybko zostały zajęte przez osoby dojeżdżające spod miasta. Jednocześnie gdyby wrócić do starych zwyczajów i wszyscy mieliby jeździć do biura te 5 razy w tygodniu, miasto stanęłoby na amen i nawet kilka lat łożenia ciężkich miliardów na infrastrukturę nic by nie dało.

Wydaje mi się, że w kwestii dróg wlotowych i wylotowych za dużo zrobić już nie można. GDDKiA dobuduje wylot z Warszawy na S7 i sprawi, że tam pojawi się (przedostatnia?) fala suburbanizacji, następną dużą zmianą będzie budowa S17, czyli Wschodniej Obwodnicy Warszawy. Teoretycznie mogą (i powinny) też powstać obwodnica śródmiejska oraz Trasa NS, ale one po prostu pozwolą na sprawne objechanie dzielnic centralnych.

Moim zdaniem jedyne opcje, które zostały warszawskiemu samorządowi to zwiększyć wydatki na transport zbiorowy oraz przemyśleć od nowa politykę parkingową. Wprowadzić na terenie całej Warszawy co najmniej rotację miejsc, żeby skończyć z publicznymi parkingami jako przechowalniami różnej maści gratów i aut flotowych. Wprowadzić płatne parkowanie w centrum w weekendy i zwiększyć stawki w strefie śródmiejskiej.

Wreszcie – poważnie podejść do budowy parkingów podziemnych, ale jednocześnie urealnić stawki na powierzchni, tak żeby nie było sytuacji w których parking pod placem Powstańców Warszawy jest droższy od potencjalnego mandatu za parkowanie na trawie na powierzchni.

No i oczywiście uchwalić Ustawę Metropolitalną, żeby stworzyć jeden system transportowy dla metropolii i żeby nie było sytuacji, że pojedyncze samorządy organizują sobie osobne systemy biletowe, a sąsiedzi nie potrafią się porozumieć żeby wybudować 500 metrów drogi.

Polacy kochają swoje samochody. Ja też swój całkiem lubię. Raczej nie będą chcieli z nich rezygnować. Ale można zachęcać ich do podejmowania racjonalnych decyzji, czyli np. nie pchania się autem pod same drzwi, nie dewastowania chodników czy zieleni nielegalnym parkowaniem albo racjonalnego planowania sobie życia, żeby nie polegało na jeżdżeniu w korkach po całym mieście dzień w dzień.

Podejrzewam, że dla środowisk aktywistycznych to za mało, a dla prosamochodowych to już skrajny komunizm i stalinizm, no ale cóż. Moim zdaniem na inne podejście nas po prostu nie stać.

PS. Jeżeli uważasz, że nas jednak na to stać i powinniśmy poszerzać drogi, wyburzać co popadnie i płacić za to dziesiątki miliardów złotych, to polecam zapoznać się z histerią, która zapanowała po siłowym przejęciu i wyburzeniu domu pod budowę ulicy Białołęckiej. Oczywiście środowiska konfederackie pisały, że to wyburzenie pod ścieżkę rowerową, bo inaczej ich czytelnicy mieliby zbyt duży zgrzyt intelektualny.

Paweł Usiądek to notoryczny, konfederacki kłamca z Ciechanowa. Niestety, głupich którzy wierzą w jego wpisy nie brakuje.

Ale prawda jest taka, że dom… leżał centralnie w osi wschodniej jezdni.

Kategorie
Parkowanie

Jak się parkuje na wyspie? Kilka wniosków z podróży po Malcie

Wyskoczyłem z rodziną na Maltę. Tym razem bez auta, bo ruch lewostronny mnie stresuje i bez wyraźnego celu samorządowo-aktywistyczno-dziennikarskiego. Niemniej jednak postanowiłem spisać kilka wniosków dotyczących ruchu drogowego.

Zastrzeżenie: to malutki, wyspiarski kraj w którym żyje jakieś 600 tys. ludzi i jest wielkości Krakowa, także nie da się go porównać do Warszawy. Malta jest też dość samochodziarska (576 aut na 1000 mieszkańców, Polska ma 629) oraz bardzo gęsto zaludniona (1,649 osób na km2, Polska – 126 os. / km2).

Samochody są dopuszczone nawet w średniowiecznych miastach, mają dla siebie absolutną większość przestrzeni na drogach – nawet, jeżeli dałoby się coś więcej wykroić dla pieszych (to nie zdarza się jednak często, zazwyczaj jest mega ciasno).

Dla pieszych jest niewiele przestrzeni, natomiast w większości przypadków jest wyraźnie oddzielona wysokim krawężnikiem.

Ruch rowerowy i infrastruktura rowerowa jest prawie nieistniejąca.

Mimo wszystkich powyższych punktów, krawężniki to jest niemal nienaruszalna granica. Parkuje się w liniach, koniec kropka. Tutaj jeden z nielicznych przypadków innej organizacji ruchu:

Podobnie na wyjazdach z garaży, skrzyżowaniach czy wyjazdach z posesji. Nikt tam nie staje. 

Podobnie VIPy – mają wyznaczone miejsca i tam mogą sobie stać. Gdzie indziej się nie da.

Koperty dla niepełnosprawnych są wytyczane pod domami osób z niepełnosprawnościami, są dostępne per indywidualny identyfikator.

Miejsca dla dostaw pod sklepami są regulowane czasowo, od 15 do 45 minut. Poza godzinami otwarcia sklepu można parkować bez ograniczeń.

Parking najczęściej jest uregulowany czasowo.

Grzywny i mandaty są bardzo wysokie.

Podsumowując – w bardzo samochodziarskim, ciasnym kraju udało się osiągnąć większy porządek niż w płaskim jak stół i szerokim kraju jak Polska. Nie chodzi tu o dostępność miejsc parkingowych, bo ta na Malcie jest fatalna. Chodzi po prostu o szacunek dla prawa i porządku.

Największe wykroczenia drogowe jakie widziałem to parkowanie na chodniku na Gozo (ale w miejscu w którym można było przejść) i prowadzenie dostawy z miejsca dla EV.

Czasem czytam sobie wypowiedzi “wolnych ludzi” którzy uważają, że parkowanie zgodnie z zasadami i płacenie za parking to “mentalność niewolnika”, podobnie jak zgłaszanie wykroczeń do służb. Kochani, jest to tzw. gówno prawda. Mentalność niewolnika i pańszyźnianego pachoła to jest właśnie anarchistyczne niszczenie przestrzeni wspólnej, łamanie prawa i traktowanie swojego wozu drabiniastego jako niezależnego królestwa. Odreagowywanie na innych swoich życiowych porażek i upokorzeń oraz lenistwo. Innego wytłumaczenia nie widzę.

A na takich ananasków jest tylko jedna rada. Tłuc batem i patrzeć czy równo puchną.

I do tego będę konsekwentnie dążył.

PS. Maltę turystycznie bardzo polecam, także z dziećmi. Byle tylko bez wózka dziecięcego, bo to będzie mordęga 🙂

Kategorie
Parkowanie Ursus

Długi i nudny wpis o parkowaniu (czyli jak rozwiązać nierozwiązywalny problem)

Wszystko wskazuje na to, że najgorętszym tematem 2026 roku w Ursusie będzie parkowanie.

Jedni chcą parkować wszędzie i za darmo, uważają, że chodzenie jest tylko dla biedaków bez auta, a miasto na każdym kroku walczy z kierowcami.

Drudzy nie życzą sobie samochodów na chodnikach i zieleni, nie chcą przepychać się między źle zaparkowanymi autami.

Jedni chcą zieleń wycinać, bo jest niepotrzebna i nie ma z niej żadnej korzyści, drudzy chcą tereny zieleni powiększać, bo uważają, że w dzielnicy jest za dużo betonu.

Spór na pozór nie do rozwiązania.

Choć moim zdaniem tylko na pozór, a istota problemu leży gdzie indziej, niż się większości osób wydaje.

Chętnych do kulturalnej dyskusji i otwartych na wymianę poglądów zapraszam do lektury, pozostali mogą się wykazać w komentarzach (przynajmniej przez kilka minut, potem pozostanie już tylko opcja płakania, że niedobry radny blokuje za niewinność).

PS. Jeżeli nie chce ci się czytać długiej teorii i chcesz przejść wprost do propozycji rozwiązań, kliknij tutaj.

Słowem wstępu

Problem z parkowaniem niewątpliwie istnieje, i to niezależnie której strony się o to spyta. Strona “propiesza” wskaże regularne łamanie prawa przez kierowców, jazdę po chodnikach, cofanie na ślepo, rozjeżdżanie zieleni itd. Strona “prosamochodowa” – że trudno jest zaparkować, że biznesy upadają bo brak parkingów, że straż miejska i konfidenci czepiają się o nic, bo zawsze tak było i nikomu to nie przeszkadzało.

Moim zdaniem szansa na jakiekolwiek rozwiązanie problemu istnieje tylko w przypadku wysłuchania obu stron. Jeżeli ktoś twierdzi, że “zawsze tak było i nikomu nie przeszkadzało” to raczej nie jest na to otwarty. Te głosy w debacie moim zdaniem należy zatem ignorować.

Podobnie jak te o straży miejskiej i donosicielach. Gardzę mentalnością dresiarzy i kiboli, nie jest to mój target ani elektorat, nie zamierzam o nich zabiegać ani się przed nimi uginać.

Jak chcą coś tam sobie furczeć o sześdziesionach i komfidentach to ich sprawa.

Warto rozmawiać (z odpowiednimi ludźmi)

Cała reszta jest natomiast warta rozważenia. Niewątpliwie splot kilku czynników – wzrostu świadomości mieszkańców, wycinania “parkingów społecznych” (tzw. “dziadoparkingów”, czyli betonowych placów otoczonych siatką z budką przy wjeździe) pod nowe inwestycje, wprowadzenie opłat na parkingach supermarketów czy dostosowywanie ulic do obecnych przepisów wpływa na zmniejszenie podaży miejsc parkingowych.

Jednocześnie popyt jest wysoki, bo jak często jest argumentowane “te samochody z dnia na dzień nie znikną”. Uważam, że to stwierdzenie jest w 100% prawdziwe (choć w perspektywie kilku miesięcy część z nich pewnie faktycznie zniknie).

Dodatkowo, najważniejszy i podstawowy problem powodujący to, że w Ursusie nagle brakuje miejsc parkingowych jest banalnie prosty. W ciągu ostatnich 12 lat populacja Ursusa zwiększyła się z 55 tys. do 71 tys. i ciągle rośnie.

Do tego wskaźnik motoryzacji stale rośnie. Nawet po rewizji CEPiKU pod kątem “martwych dusz” (czyli dawno zezłomowanych albo wyeksportowanych samochodów) widać, że aut jest ponad 2x więcej niż w 2004 roku. Niezależnie od tego czy są to auta flotowe, leasingowe czy prywatne – zajmują one fizycznie miejsce przy ulicach lub w garażach. 

Tymczasem fizycznego miejsca jest nadal tyle samo co było, ulice nadal są tej samej szerokości (jeżeli ktoś planuje wyburzanie budynków pod ich poszerzanie to ponownie życzę powodzenia w budowaniu większości pod tym pomysłem), a parkingów ubywa z powodów wymienionych wcześniej.

Problem jest, rozwiązań nie ma

Problem więc istnieje, natomiast politykom najłatwiej jest go rozwiązywać po prostu szczując jedną grupę na drugą i robiąc swoje. Od czasu do czasu wykonują też pewne ruchy – nie nadmiernie gwałtowne – żeby pokazać, że próbują coś z nim zrobić. Do tych ruchów należy chociażby (odbywające się w ciężkich bólach) zwiększanie aktywności Straży Miejskiej albo wykonywanie zmian na ulicach wymaganych ustawowo. 

Jednak o jakichkolwiek bardziej śmiałych pomysłach nie ma mowy. Co do zasady władze miasta liczą na to, że problem sam się rozwiąże (np. poprzez tworzenie parkingów na terenach wspólnot) a winę zwali się w razie czego na aktywistów. Tym samym frakcji “prosamochodowej” zapewniają kozła ofiarnego, a frakcji “propieszej” minimalne zmiany na lepsze. Panu Bogu świeczkę, a diabłu ogarek. Jednocześnie w praktyce nie zmienia się za dużo, więc umiarkowany elektorat nie jest nadmiernie wkurzony.

Podobny mechanizm widzieliśmy w przypadku awantury o Stop Alko, tylko tam problem wybuchł Platformie Obywatelskiej w twarz do tego stopnia, że Tusk musiał się wściec i ustawić swoich radnych w szeregu, żeby zagłosowali tak jak trzeba.

Tyle, że bez odważnych rozwiązań nie będzie wymiernych efektów.

Sprzeczne interesy

Druga sprawa to rozbieżne interesy różnych grup społecznych. Jeżeli ktoś należy do frakcji “propieszej” (jak ja) i jeszcze do tego ma dzieci, to szerokie chodniki, oddzielone zielenią od jezdni są dla niego oczywistą korzyścią. Żeby to zrozumieć, trzeba po prostu swoje przejechać z wózkiem dziecięcym i wychodzić z rozbieganym dzieckiem za rękę. Jeżeli ktoś należy do frakcji “prosamochodowej” i dzieci nie ma, to pyta po co całe to zielsko, przecież by to można wybetonować, a jak chce się zieleni to można pojechać do parku. Prawda? To przecież takie proste.

Nie ma sposobu, żeby dogodzić w 100% obu tych stronom. Przy obecnych przepisach ponadto dużo łatwiej dogodzić pieszym niż kierowcom (pisałem o tym więcej w ostatnim tekście o słupkach – trudno odzwyczaić się od złych nawyków).

Inną grupą są właściciele lokali usługowych. Dla tych więcej miejsc parkingowych to jest oczywista korzyść w postaci darmowych miejsc dla ich klientów. Oczywiście nie dla wszystkich lokali, bo przykład Salut czy Baru Mlecznego “Ursus” pokazują, że niektóre biznesy świetnie funkcjonują niezależnie od miejsc postojowych (Salut jeden sezon przeżył bez ulicy pod oknami, a mimo tego do lokalu codziennie waliły tłumy). Natomiast można przyjąć, że dla wielu owszem, ma to znaczenie.

Problem w tym, że to nie jest koniecznie korzyść dla mieszkańców. Na co mieszkańcy Szamot narzekają najczęściej? Na korki. Czy zwiększenie liczby klientów przyjeżdżających do lokali usługowych autem by te korki zmniejszyło czy zwiększyło? Na to pytanie polecam odpowiedzieć sobie samodzielnie. Jeżeli ktoś nie potrafi sobie tego wyobrazić, to polecam wybranie się w okolice Factory podczas Jungle Night. 

Nikogo nie powinno dziwić, że mieszkańcy okolicy przedkładają swoje interesy (brak korków, wolne od aut chodniki, mniejszy ruch pod oknem) nad interesy właścicieli lokali i przyjezdnych (łatwość zaparkowania, łatwy tranzyt przez osiedle). Każdy kieruje się przecież swoim interesem.

Oczywiście są na to argumenty przeciwne – że więcej miejsc to więcej stabilnych biznesów dostępnych dla mieszkańców. Z tym się zgadzam, jest to konkretna korzyść. Jedyne z czym się nie zgadzam to z twierdzeniem, że tylko miejsca postojowe mają na to wpływ. Moim zdaniem jest to całkowite ekonomiczne foliarstwo i płaskoziemstwo. Według oficjalnych statystyk 80% biznesów w Polsce nie dożywa 5 lat. Jest absolutnie niemożliwe, żeby w każdym wypadku była to wina miejsc parkingowych. Niemożliwe jest też to, że Smyk na Szamotach zwinął się z braku miejsc parkingowych – bo znajdował się dosłownie przed największym parkingiem w okolicy. Po prostu biznesy czasem upadają i tyle. 

Doskonałym przykładem jest Due Monti, która borykała się od początku z problemami z obsadzeniem stanowiska pizzera, mieszkańcy narzekali na obsługę pod wpływem alkoholu, na ciągłe puszczanie disco polo w lokalu. Ostatecznie pizzeria się zawinęła, a jej miejsce zajął Bar Mleczny Ursus, który od pierwszego dnia stał się ogromnym hitem. 

W okolicy nie przybyło tymczasem ani jednego miejsca parkingowego.

Czy Orka i tapasy zwinęły się przez brak miejsc postojowych? Dopuszczam taką możliwość. Jednocześnie należy zaznaczyć, że dopóki działali, to działali dzięki temu, że obowiązujący od 2014 roku zakaz parkowania przy ul. Posag 7 Panien po prostu nie był egzekwowany. Zakaz ten był wpisany w plan zagospodarowania. Czy właściciele w/w lokali kiedykolwiek złożyli wniosek o korektę planu?

Niedocenione znaczenie klientów chodzących pieszo

Frakcja “prosamochodowa” nie wierzy również w to, że wygodne dla pieszych ulice zwiększają obroty pobliskich lokali, choć są na to badania (1) (2) (3), a najwyższe czynsze w Polsce nie bez powodu znajdziemy przy deptakach.

Niestety, na to już nic nie poradzę, to chyba jest po prostu kwestia wiary i ideologii. Natomiast według mojego serdecznego kolegi zajmującego się zawodowo m.in. automatycznymi pomiarami ruchu pieszego, ul. Posag 7 Panien jest jedną z najatrakcyjniejszych pod tym względem ulic w okolicy – badanie wykonano na zlecenie jednego z sieciowych sklepów działających na miejscu.

Ciężki los dostawcy

Trochę osobnym tematem są miejsca dla dostaw. Na ul. Posag 7 Panien wyszedł z tego skandal, bo miejsca dla dostaw zgodnie z pozwoleniami na budowę powinny być zapewnione z terenu osiedli. Czy są? Myślę, że wątpię.

Inna sprawa, że dostawcy wcale nie chcą za bardzo korzystać z takich miejsc. Są pod ciągłą presją pracodawcy, ciągle się spieszą i najchętniej podjechaliby pod sam lokal albo pod samą klatkę. Część z was pisze, że powinniśmy im pozwolić, bo są w pracy. Absolutnie się z tym nie zgadzam. Jeździć po chodniku może tylko pogotowie i straż pożarna. Reszta nie ma do tego prawa. Istnieje zaawansowana technologia w postaci wózków, wielu dostawców z niej korzysta, jak ktoś nie potrafi to już nie jest mój problem.

Ja nie chcę żeby moje dziecko zostało zabite przez cofającego po chodniku dostawczaka i uważam, że skoro żyjemy w katolickiej Polsce, ostoi Cywilizacji Życia, to ten argument bije na głowę to, że pan kurier się zmęczy.

Osobiście ze “zwyczajowego” prowadzenia dostaw najmniej przeszkadza mi robienie tego z wyjazdów z posesji. Wiem, że wielu z Was tego nie znosi, ale póki co najmniej niebezpiecznych sytuacji widziałem właśnie w takich przypadkach. Po prostu i tak wszyscy jeżdżą po naszych wąskich ulicach powoli, więc wyjeżdżający zza dostawczaka samochód nie jest wielkim zaskoczeniem. Oczywiście, to jest pewien dyskomfort. Ale dla mnie dużo mniejszy niż dostawczak na chodniku.

Byłbym nawet skłonny, żeby delikatnie te wyjazdy poszerzyć pod kątem dostaw, choć pewnie wtedy miejsca te byłyby notorycznie zajęte przez parkujące tam auta (a do tego jest to niezgodne z przepisami).

Czy ktoś tu zginął???

To kolejny częsty argument. Po co wprowadzać tak drastyczne kroki? Przecież nikt tu nie zginął! Naprawdę chcecie czekać na to, aż dziecko waszego sąsiada zostanie zmielone na papkę przez ciężarówkę zanim wprowadzicie jakiekolwiek zmiany na ulicach? Naprawdę czekacie na to, aż staruszka zostanie potrącona przez cofającego dostawczaka? Jeżeli tak, to chyba nie mamy o czym rozmawiać, bo dla mnie to jakiś wyższy poziom znieczulicy i barbarzyństwa.

Wyciąć krzaki, to będzie miejsce na parking

To jeden z argumentów, który regularnie pada spod klawiszy frakcji “prosamochodowej”. Pomysł na pozór fajny. W praktyce? Niekoniecznie. Pozwolę się tutaj posłużyć przykładami praktycznymi. Założenia są proste. Dodajemy tylko miejsca, które można wytyczyć legalnie. Czyli odpada 10 metrów od skrzyżowania, od drogi pożarowej i miejsca dla pieszych. Poza tym przyjmujemy, że BZRD zgodzi się na każdą z naszych propozycji, a wytyczne Biura Architektury się nie liczą. Ile miejsc uzyskamy? Sprawdźmy to:

Jak widać da się wygospodarować więcej miejsc. Jest to fizycznie i prawnie możliwe. Jest z tego nawet całkiem przyzwoity uzysk, od 31 do 58% dodatkowych miejsc. Niektórzy sugerują, że na Habicha w okolicy Kompanii AK “Goplana” dałoby się wytyczyć miejsca w drugim rzędzie. Tyle, że tamtędy przebiega droga pożarowa. Jak chcecie skłonić urzędników do zmiany jej w miejsca parkingowe? Jak zdobędziecie na to pozytywną opinię Straży Pożarnej? Osobiście mogę tylko życzyć powodzenia.

Rozwiązania realistyczne

Jednym z rozwiązań jest zwiększanie liczby legalnych miejsc. Jak pokazywałem w sekcji o ulicach na Szamotach, to jest w ograniczonym stopniu możliwe (o ile przełamiemy opór Rady Warszawy oraz BAiPP i BZRD). Gorzej jest na starych osiedlach. Tam wiele miejsc funkcjonuje jako “zwyczajowe” (w praktyce nielegalne”), a część miejsc parkingowych jest wytyczona niezgodnie z obecnymi przepisami.

Czasami o takie miejsca upominają się mieszkańcy (przez zgłoszenia lub Budżet Obywatelski), czasem po prostu BZRD wymusza na dzielnicy ich likwidację. Co do zasady się z tym zgadzam. Życie ludzkie jest dla mnie wartością nadrzędną. Zwłaszcza życie i zdrowie dzieci.

Jednocześnie nie sposób zauważyć, że choć te działania są potrzebne, to po prostu zmniejszają podaż miejsc postojowych, choć popyt nadal pozostaje wysokim.

Więcej legalnych miejsc

Moim zdaniem miasto (przynajmniej w dzielnicach obrzeżnych) powinno podchodzić do kwestii wytyczania nowych miejsc w bardziej otwarty sposób. Jeżeli gdzieś można legalnie wytyczyć dodatkowe miejsca – to dlaczego stawiać temu opór?

Przykładem może być chociażby ul. Orląt Lwowskich, gdzie można by wytyczyć kilkadziesiąt miejsc kosztem wycięcia krzewów. Oczywiście żal mi tej zieleni, ale dużo bardziej będzie mi żal drzew na terenie RSMu, jeżeli spółdzielcy postanowią wyciąć je pod parkingi.

Godziny dla dostaw i sprawna Straż Miejska

Jeżeli chcemy, żeby dostawcy mieli zapewnione miejsca, jest jeden prosty sposób. Wystarczy wytyczyć na części miejsc pod lokalami miejsca tylko dla dostawców, dostępne w godzinach np. 8-11. Tyle, że żeby takie miejsca działały, potrzebne jest surowe egzekwowanie tych wymogów przez Straż Miejską (inaczej te miejsca będą notorycznie zajęte) oraz… dyscyplina wśród dostawców. 

Bo jeżeli przyjadą o 12, to nie będą mieć miejsca.

Rotacja, rotacja, rotacja

Podstawowy problem to rotacja. Na publicznych parkingach zalega mnóstwo aut, które nie są ruszane od tygodni, czasem miesięcy. Wystarczy spojrzeć jak wiele nich stoi teraz pod grubymi czapami śniegu. Nie wiem, czy to są auta na hobby, na handel, zapasowe, czy ktoś zaparkował na miesiąc bo wyjechał i nie chce wydawać na parking. Wiem tylko, że mnie to nie obchodzi. 

Miejsce w mieście jest towarem deficytowym i ograniczonym, trzeba w jakiś sposób się nim dzielić. Moim zdaniem najuczciwiej jest, żeby było przeznaczone dla mieszkańców okolicy oraz dla klientów okolicznych biznesów. Najlepszym sposobem na to jest wyznaczenie limitów czasowych (jak w Finlandii), czyli np. parkowanie do 3h w godzinach 9:00-16:00, poza tymi godzinami bez limitu. Część miejsc dostępna tylko za okazaniem identyfikatora mieszkańca.

To nie jest tak, że wszyscy na tym zyskają. Niektórzy na tych zmianach stracą. Kolekcjonerzy, właściciele flot aut służbowych, właściciele autokomisów, właściciele przyczepek reklamowych. Jest to jednak poświęcenie na które jestem gotów, ponieważ to ludzie, którzy albo mają drogie hobby (przepraszam chłopaki, ja też lubię graty, ale sami rozumiecie) albo bezpośrednio lub pośrednio zarabiają na tych miejscach postojowych. A skoro tak, to najwyższy czas urealnić koszty swojego biznesu i poszukać sobie miejsc prywatnych.

Miejsca dla mieszkańców i identyfikatory

Ostatnią sprawą są miejsca dla mieszkańców i identyfikatory. To rozwiązanie dla starych osiedli, gdzie miejsc notorycznie brakuje, bo nie ma pod nimi garaży podziemnych. Na ten moment to chyba jedyny sensowny sposób na wytyczanie dla nich miejsc, sprawdzony w dzielnicach w których obowiązuje Strefa Płatnego Parkowania Niestrzeżonego.

A, no i jeszcze SPPN. Wiem, że poparcie dla niej jest dużo niższe, niż dla ograniczeń czasowych, ale w obowiązującym porządku prawnym jest póki co jedynym rozwiązaniem na wymuszenie rotacji miejsc. Być może rząd dostrzeże potrzebę zmian legislacyjnych – ale póki co chyba za mało osób się tym tematem interesuje. Wbrew temu, co mówi Zarząd Dzielnicy, wiem z dobrego źródła, że ZDM umieścił już Ursus na liście priorytetów do wprowadzenia strefy, choć na dość odległym miejscu. 

Niemniej jednak trzeba się liczyć z tym, że strefa po prostu kiedyś do nas dotrze, czy tego chcemy, czy nie (ja chcę).

Słowem zakończenia

Każdy może wierzyć w to co chce. Ale warto, żeby kierował się w swoim działaniu faktami. Na takie osoby jestem otwarty i chętnie im pomogę. Na krzykaczach, partyjniakach i zaślepionych ideologią trollach mi nie zależy. Jeżeli uważasz, że jestem lewackim rowerowym radykałem to naprawdę nie musisz mnie czytać ani na mnie głosować. Ja sobie naprawdę świetnie poradzę bez ciebie. 

I tak, jak będziesz mnie obrażał to cię po prostu zablokuję. Mój profil na fejsie to nie jest oficjalny kanał komunikacji. Możesz sobie o to płakać do Przewodniczącego Rady, na grupach na fejsie i do samego Papieża. Nic to nie zmieni. Mój oficjalny email to kdaukszewicz@radni.um.warszawa.pl, poza tym są też dyżury radnych, a świetna ekipa Wydziału Obsługi Rady w razie czego połączy cię do mnie telefonicznie. Zapraszam do kontaktu w każdym momencie.

Jeżeli natomiast chcesz rozwiązania problemu i szukasz realistycznych rozwiązań, to serdecznie zapraszam do współpracy. Nie będzie to łatwe, bo Rada Warszawy rozpaczliwie próbuje nic w tej sprawie nie zrobić, a władze dzielnicy liczą na to, że spółdzielnie i wspólnoty wybetonują swoje podwórka i problem sam się rozwiąże. Ale jak na moje to wcale się nie rozwiąże.

Tym bardziej, że jeżeli dojdzie do budowy metra w Ursusie, to dopiero zacznie się Wietnam parkingowy, gdy mieszkańcy okolicznych miejscowości i osiedli będą próbowali zaparkować tuż pod stacją. Będzie się działo!

Kategorie
Parkowanie

Dlaczego słupki tak wkurzają?

Wiele jest w Polsce tematów, które dzielą społeczeństwo na dwie zupełnie inaczej nastawione części. Nie inaczej jest ze słupkami. Jedni ich nienawidzą i twierdzą, że “nikt ich nie chce”, inni z kolei zgłaszają do mnie, że dane miejsce trzeba osłupkować, bo boją się, że ktoś kiedyś rozjedzie im dziecko na chodniku.

Skąd zatem to wkurzenie na słupki? Oto moja hipoteza robocza:

Samochód jako wolność do nieplanowania podróży

Auto to środek transportu. Wiem, że niektórzy są w swoich samochodach zakochani, inni zrobili sobie z nich hobby, ale co do zasady jest to środek transportu. Wygodny, ale niekoniecznie idealny do każdego zadania, jakie się przed nim stawia (podobnie jak młotek nie jest najlepszym narzędziem do wkręcania śrub).

Rowerem często jestem w stanie na krótkich dystansach być na miejscu szybciej od auta. W daleką podróż raczej się autem ponownie nie wybiorę – łatwiej kupić bilet na samolot i wynająć auto na miejscu. Na wyjazd służbowy często wygodniej zabrać się pociągiem. Natomiast w podróży do Łomży, gdzie pociąg nie dociera, auto jest bezkonkurencyjne.

To dość oczywiste prawdy, z którymi chyba nie ma sensu dyskutować.

Samochód miał natomiast pewną cechę, której inne środki transportu nie mają. Nie trzeba było specjalnie planować podróży. Rower, motocykl – wiadomo, może padać deszcz albo śnieg, trzeba sprawdzić pogodę itd. Transport zbiorowy wymaga z kolei trzymania się rozkładu jazdy. W aucie tymczasem niezależnie czy wstałeś godzinę spóźniony czy nie, po prostu wsiadasz i jedziesz. Najwyżej nadrobisz w trasie a potem zaparkujesz gdzieś na trawie, nie?

„Je**ne komuchy chcą mi odebrać wolność”

No i właśnie nie. Dzikie lata 90. i nieco mniej dzikie lata 2000. jednak się skończyły. Aut przybyło, ludzie zaczęli zwracać uwagę na takie głupoty jak przeżycie podróży, powszechne stało się zwracanie uwagi na drogową bandyterkę. Pojawiło się więcej odcinkowych pomiarów prędkości, fotoradarów itd. Z parkowaniem też zaczęło robić się krucho. Samochodów w Polsce co roku przybywa. Nieważne są te wszystkie głupoty o “martwych duszach” w CEPIKu które wypisuje czasem motoaktyw (w 2024 r. je wyczyszczono). To jest po prostu kolejny fakt, z którym dyskutować nie można.

Tymczasem parkingów ubywa, bo – tak się składa – zabudowywane są kolejne działki, na których przez wiele lat były lokalizowane parkingi społeczne, a zaparkowanie na chodniku albo na trawniku spotyka się z coraz większym oporem. Dodatkowo samorządy muszą wdrażać przepisy, które zwiększają bezpieczeństwo niechronionych uczestników ruchu – czyli zachowanie odległości 10 metrów od skrzyżowania, wjazdu od garażu czy przejścia dla pieszych.

No i tutaj pojawia się cały problem. Nagle auto nie jest takie super atrakcyjne, bo jednak trzeba podróż zaplanować – sprawdzić gdzie zaparkować, jak szybko uda się dojechać zgodnie z ograniczeniami itd. Naturalną reakcją normalnego człowieka jest… cóż, zaplanowanie podróży.

Drogowy furiat natomiast wchodzi na Facebooka i zaczyna wypisywać, jak to jest prześladowany i ciemiężony przez BANDYTÓW Z FOTORADARAMI i te słupki co pewnie szwagier ma ich fabrykę! To jest spisek eurokomuny, Tempo30 i Klausa Schwaba. Zamkną nas wszystkich w 15-minutowych gettach i każą jeść robaki. OBUDŹCIE SIĘ OWCOLUDZIE!!!111

Słupek jako narzędzie opresji

Z tego myślenia oczywiście bierze się nienawiść do słupków, rozumianych jako narzędzia opresji nad biedną klasą ludową, która tylko chce w spokoju dojechać i zaparkować. Przez słupki padają biznesy, starsi ludzie nie mogą dojechać do lekarza, a niepełnosprawni zostają wieźniami własnych domów.

Tyle, że wcale tak nie jest.

Słupki zazwyczaj są stawiane na prośbę obywateli. Tak, obywateli, którzy też mają samochody, ale np. mają małe dzieci i już po dziurki w nosie mają dostawczaków jeżdżących tuż pod ich przedszkolem. Biznesy tak padają, że na wolnym od parkowania Nowym Świecie czy bandycko zwężonej Świętokrzyskiej lokale prosperują jak nigdy wcześniej. Starsi ludzie są grupą która najrzadziej deklaruje jazdę autem (tak przynajmniej wyszło w badaniach na Pradze-Północ, zleconych przez skrajnie antyludzkie i prosamochodowe ugrupowanie “Kocham Pragę”), a najczęściej barierą dla niepełnosprawnych są… nieprawidłowo zaparkowane auta.

Czy słupki uderzają w najbiedniejszych? Moim zdaniem nie, bo może polecę tutaj stereotypem, ale najczęściej widuję na kopertach dla niepełnosprawnych, zieleni czy chodnikach naprawdę drogie fury, prowadzone przez kogoś, kto z całą pewnością śmierdzi groszem. Ale na parking najwyraźniej już skąpi.

Słupki oskarża się też o wydłużenie czasu interwencji służb. Pewnie tak w istocie jest. Ale wiecie, co je wydłuża jeszcze bardziej? Tak, zgadliście – źle zaparkowane auta. Blok w Markach najprawdopodobniej nie spłonąłby tak bardzo, gdyby strażacy mogli dojechać pod same okna. No ale nie mogli, bo drogi pożarowe były zastawione. Niedawno słynne też było wideo, w którym strażak wysiada z walizką z wozu i biegnie ile sił w nogach do pacjenta z zatrzymaną akcją serca, bo nie ma szans na przebicie się przez zaparkowane nieprawidłowo auta…

Ja się nie czuję zniechęcony

Także cóż powiedzieć, słupki to niestety naturalna konsekwencja rozkładu służb (Policja i Straż Miejska wydają się robić wszystko, żeby patokierowców w miarę możliwości nie karać) i frustracji mieszkańców. Tak, wiem, słupek kosztuje 600 zł. No ale jest dostępny całą dobę i nie każe iść na komendę, żeby składać zeznania w sprawie, która i tak zostanie umorzona z braku wykrycia sprawców.

Foliarze twierdzą, że to wszystko spiseg, żeby zniechęcić ludzi do jazdy autem. Powiem tak, ja się zniechęcony nie czuję. Bardzo chętnie jeżdżę nim na wycieczki, do teściów, poza szczytem także po mieście, od wielkiego dzwona pojadę nim do pracy, gdy nie chcę jechać na rowerze albo komunikacją. Jak jadę do centrum, to parkuję na płatnym, żeby nie tracić czasu i nie zawracać sobie tyłka szukaniem miejsca. Auto nadal jest bardzo wygodnym środkiem transportu. Wystarczy odrobina planowania.

A jeżeli chcemy, żeby miejsca były łatwiej dostępne, to musimy się zgodzić na ich ograniczenie dostępu do nich. Czy to finansowe, czy czasowe – to już decyzja dla społeczeństwa do podjęcia. Ale bez ograniczeń (pisałem o nich więcej w tekście o Finlandii) nie ma sensu robić miejsc dla gości, dla lokali czy dla dostawców – bo i tak jakiś Janusz Biznesu zaparkuje na nich swoją flotę taxi, kolekcję aut na handel albo 3 busy InPostu. Po raz kolejny jest to fakt, nie opinia.

Ale dla kogoś, dla kogo odległość z parkingu pod Biedronką na Herbu Oksza do przychodni na Posagu 7 Panien jest nie do pokonania, wszystkie te argumenty i tak będą nieważne… Także podejrzewam, że słupki nadal będą nas dzieliły. Widać tak musi być.

Kategorie
Parkowanie Ursus

Wyniki ankiety parkingowej na Szamotach

W zeszłym miesiącu przeprowadziłem internetową ankietę dot. parkowania na osiedlu Szamoty. Oto opracowanie odpowiedzi.

Zastrzeżenia co do wyników: Choć w ankiecie wzięło udział ponad 1000 osób, nadal były to osoby wybrane spośród odbiorców fanpejdża, mający dostęp do Facebooka i chcący wziąć w nim dobrowolnie udział.

Liczba aut na gospodarstwo domowe:

60% badanych ma jedno auto, 32% – dwa, 2,9% – trzy, 1,3% – cztery lub więcej. Zaledwie 3,6% nie ma samochodu wcale.

Pokazuje to, że hipotezy o tym, że obecnie normą są dwa lub więcej samochodów w gospodarstwie domowym są chybione. Jednocześnie widać, że prawie wszyscy mieszkańcy mają samochody.

Dostępność miejsc parkingowych:

  • 75% respondentów uważa, że miejsc parkingowych na osiedlu jest za mało, 21% że w sam raz, 1% – za dużo.
  • 73% respondentów ma prywatne miejsce parkingowe, 19,4% dwa miejsca. Więcej niż dwa miejsca ma zaledwie 1,2% respondentów, a 6,1% – nie ma żadnego. 
  • 73% respondentów wystarczy miejsc prywatnych na swoje auta, 27% – nie wystarczy.

Pytanie o wynajmowanie miejsc postojowych niestety jest wadliwe, ponieważ nie uwzględniało od początku odpowiedzi “nie, bo go używam”. Jest więc obarczone błędem i przez to stoi w lekkiej sprzeczności z pozostałymi odpowiedziami. Zgodnie z odpowiedziami 65% nie wynajmuje miejsc parkingowych, bo je używa. 12,4% nie, bo nie ma miejsc, 14% tak, 7% nie chce się wynajmować miejsc.

Miejsca płatnego szuka 11,1% respondentów, a średnia cena którą byliby skłonni zapłacić to 214 zł miesięcznie (mediana 225 zł, zakres 20-500 zł).

Poparcie dla uregulowania parkowania:

Poparcie dla Strefy Płatnego Parkowania Niestrzeżonego to 50/50.

Poparcie dla rozwiązań typu 1,5 h parkowania za darmo – 80% popiera.

Nawyki transportowe:

Co mnie zdziwiło, aż 52,2% badanych często jeździ autem w obrębie osiedla. Zdziwiło mnie to, bo sam staram się tego unikać kiedy mogę, ale okazuje się, że preferencje pt. pieszo/autem rozkładają się właśnie w ten sposób.

Natomiast jeśli chodzi o dojazdy do pracy/szkoły/dzieci – pytanie było wielokrotnego wyboru, więc nie sumuje się do 100%. Jest to spowodowane faktem, że wiele osób nie porusza się każdego dnia tym samym środkiem transportu, a część ma charakter bardziej sezonowy.

  • 63% jeździ samochodem
  • 37% jeździ pociągiem
  • 18% jeździ autobusem
  • 14% jeździ rowerem
  • 12% chodzi pieszo
  • 1% jeździ motocyklem lub skuterem
  • …a 6% wcale.

Pytania otwarte

(Była możliwość udzielenia wielokrotnych odpowiedzi).

Powody parkowania na ulicy, a nie w garażu:

  • 30% – nie miało możliwości zakupu miejsca, 
  • 15% – nie kupiło miejsca ze względu na wysoką cenę, 
  • 15% – wskazuje brak miejsc do wynajęcia, 
  • 10% – lokal usługowy, 
  • 10% – dodatkowe auto służbowe w gospodarstwie domowym, 
  • 5% – wynajem mieszkania bez miejsca, 
  • 5% – zmiana sytuacji życiowej i konieczność kupna dodaktowego auta, 
  • 3% – problemy techniczne (za duże auto na platformę, zakaz wjazdu aut z LPG), 
  • 7% – inne problemy.

Jak poprawić sytuację z parkowaniem?

  • 40% – przeprojektowanie ulic,
  • 25% – SPPN / wymuszenie rotacji miejsc,
  • 25% – surowsze egzekwowanie prawa,
  • 20% – wyznaczenie miejsc dla dostaw i gości,
  • 15% – budowa więcej miejsc postojowych przez deweloperów,
  • 10% – usuwanie wraków,
  • 10% – zmiana zieleni przyulicznej w parkingi,
  • 5% – poprawa komunikacji miejskiej
  • 5% – aplikacje do dzielenia się miejscami i inne innowacje,
  • 5% – inne pomysły.

Po przeprowadzeniu ankiet chcemy podzielić się z Wami propozycjami rozwiązań – oczywiście inicjatywa w tym przypadku leży po stronie miasta, ale chcemy przynajmniej pokazać, że rozwiązania zgodne z obecnymi przepisami i dbające o interesy zarówno kierowców jak i niechronionych użytkowników ruchu są możliwe do wprowadzenia. 

Potrzeba jedynie woli politycznej i chęci pochylenia się nad problemem, który został oceniony w badaniach Barometru Warszawskiego najniżej ze wszystkich dostępnych opcji (tylko 31% badanych wskazało dostępność miejsc postojowych za zadowalającą).