Wiele jest w Polsce tematów, które dzielą społeczeństwo na dwie zupełnie inaczej nastawione części. Nie inaczej jest ze słupkami. Jedni ich nienawidzą i twierdzą, że “nikt ich nie chce”, inni z kolei zgłaszają do mnie, że dane miejsce trzeba osłupkować, bo boją się, że ktoś kiedyś rozjedzie im dziecko na chodniku.
Skąd zatem to wkurzenie na słupki? Oto moja hipoteza robocza:
Samochód jako wolność do nie planowania podróży
Auto to środek transportu. Wiem, że niektórzy są w swoich samochodach zakochani, inni zrobili sobie z nich hobby, ale co do zasady jest to środek transportu. Wygodny, ale niekoniecznie idealny do każdego zadania, jakie się przed nim stawia (podobnie jak młotek nie jest najlepszym narzędziem do wkręcania śrub).
Rowerem często jestem w stanie na krótkich dystansach być na miejscu szybciej od auta. W daleką podróż raczej się autem ponownie nie wybiorę – łatwiej kupić bilet na samolot i wynająć auto na miejscu. Na wyjazd służbowy często wygodniej zabrać się pociągiem. Natomiast w podróży do Łomży, gdzie pociąg nie dociera, auto jest bezkonkurencyjne.
To dość oczywiste prawdy, z którymi chyba nie ma sensu dyskutować.
Samochód miał natomiast pewną cechę, której inne środki transportu nie mają. Nie trzeba było specjalnie planować podróży. Rower, motocykl – wiadomo, może padać deszcz albo śnieg, trzeba sprawdzić pogodę itd. Transport zbiorowy wymaga z kolei trzymania się rozkładu jazdy. W aucie tymczasem niezależnie czy wstałeś godzinę spóźniony czy nie, po prostu wsiadasz i jedziesz. Najwyżej nadrobisz w trasie a potem zaparkujesz gdzieś na trawie, nie?
„Je**ne komuchy chcą mi odebrać wolność”
No i właśnie nie. Dzikie lata 90. i nieco mniej dzikie lata 2000. jednak się skończyły. Aut przybyło, ludzie zaczęli zwracać uwagę na takie głupoty jak przeżycie podróży, powszechne stało się zwracanie uwagi na drogową bandyterkę. Pojawiło się więcej odcinkowych pomiarów prędkości, fotoradarów itd. Z parkowaniem też zaczęło robić się krucho. Samochodów w Polsce co roku przybywa. Nieważne są te wszystkie głupoty o “martwych duszach” w CEPIKu które wypisuje czasem motoaktyw. To jest po prostu kolejny fakt, z którym dyskutować nie można.
Tymczasem parkingów ubywa, bo – tak się składa – zabudowywane są kolejne działki, na których przez wiele lat były lokalizowane parkingi społeczne, a zaparkowanie na chodniku albo na trawniku spotyka się z coraz większym oporem. Dodatkowo samorządy muszą wdrażać przepisy, które zwiększają bezpieczeństwo niechronionych uczestników ruchu – czyli zachowanie odległości 10 metrów od skrzyżowania, wjazdu od garażu czy przejścia dla pieszych.
No i tutaj pojawia się cały problem. Nagle auto nie jest takie super atrakcyjne, bo jednak trzeba podróż zaplanować – sprawdzić gdzie zaparkować, jak szybko uda się dojechać zgodnie z ograniczeniami itd. Naturalną reakcją normalnego człowieka jest… cóż, zaplanowanie podróży.
Drogowy furiat natomiast wchodzi na Facebooka i zaczyna wypisywać, jak to jest prześladowany i ciemiężony przez BANDYTÓW Z FOTORADARAMI i te słupki co pewnie szwagier ma ich fabrykę! To jest spisek eurokomuny, Tempo30 i Klausa Schwaba. Zamkną nas wszystkich w 15-minutowych gettach i każą jeść robaki. OBUDŹCIE SIĘ OWCOLUDZIE!!!111
Słupek jako narzędzie opresji
Z tego myślenia oczywiście bierze się nienawiść do słupków, rozumianych jako narzędzia opresji nad biedną klasą ludową, która tylko chce w spokoju dojechać i zaparkować. Przez słupki padają biznesy, starsi ludzie nie mogą dojechać do lekarza, a niepełnosprawni zostają wieźniami własnych domów.
Tyle, że wcale tak nie jest.
Słupki zazwyczaj są stawiane na prośbę obywateli. Tak, obywateli, którzy też mają samochody, ale np. mają małe dzieci i już po dziurki w nosie mają dostawczaków jeżdżących tuż pod ich przedszkolem. Biznesy tak padają, że na wolnym od parkowania Nowym Świecie czy bandycko zwężonej Świętokrzyskiej lokale prosperują jak nigdy wcześniej. Starsi ludzie są grupą która najrzadziej deklaruje jazdę autem (tak przynajmniej wyszło w badaniach na Pradze-Północ, zleconych przez skrajnie antyludzkie i prosamochodowe ugrupowanie “Kocham Pragę”), a najczęściej barierą dla niepełnosprawnych są… nieprawidłowo zaparkowane auta.
Czy słupki uderzają w najbiedniejszych? Moim zdaniem nie, bo może polecę tutaj stereotypem, ale najczęściej widuję na kopertach dla niepełnosprawnych, zieleni czy chodnikach naprawdę drogie fury, prowadzone przez kogoś, kto z całą pewnością śmierdzi groszem. Ale na parking najwyraźniej już skąpi.
Słupki oskarża się też o wydłużenie czasu interwencji służb. Pewnie tak w istocie jest. Ale wiecie, co je wydłuża jeszcze bardziej? Tak, zgadliście – źle zaparkowane auta. Blok w Markach najprawdopodobniej nie spłonąłby tak bardzo, gdyby strażacy mogli dojechać pod same okna. No ale nie mogli, bo drogi pożarowe były zastawione. Niedawno słynne też było wideo, w którym strażak wysiada z walizką z wozu i biegnie ile sił w nogach do pacjenta z zatrzymaną akcją serca, bo nie ma szans na przebicie się przez zaparkowane nieprawidłowo auta…
Ja się nie czuję zniechęcony
Także cóż powiedzieć, słupki to niestety naturalna konsekwencja rozkładu służb (Policja i Straż Miejska wydają się robić wszystko, żeby patokierowców w miarę możliwości nie karać) i frustracji mieszkańców. Tak, wiem, słupek kosztuje 600 zł. No ale jest dostępny całą dobę i nie każe iść na komendę, żeby składać zeznania w sprawie, która i tak zostanie umorzona z braku wykrycia sprawców.
Foliarze twierdzą, że to wszystko spiseg, żeby zniechęcić ludzi do jazdy autem. Powiem tak, ja się zniechęcony nie czuję. Bardzo chętnie jeżdżę nim na wycieczki, do teściów, poza szczytem także po mieście, od wielkiego dzwona pojadę nim do pracy, gdy nie chcę jechać na rowerze albo komunikacją. Jak jadę do centrum, to parkuję na płatnym, żeby nie tracić czasu i nie zawracać sobie tyłka szukaniem miejsca. Auto nadal jest bardzo wygodnym środkiem transportu. Wystarczy odrobina planowania.
A jeżeli chcemy, żeby miejsca były łatwiej dostępne, to musimy się zgodzić na ich ograniczenie dostępu do nich. Czy to finansowe, czy czasowe – to już decyzja dla społeczeństwa do podjęcia. Ale bez ograniczeń (pisałem o nich więcej w tekście o Finlandii) nie ma sensu robić miejsc dla gości, dla lokali czy dla dostawców – bo i tak jakiś Janusz Biznesu zaparkuje na nich swoją flotę taxi, kolekcję aut na handel albo 3 busy InPostu. Po raz kolejny jest to fakt, nie opinia.
Ale dla kogoś, dla kogo odległość z parkingu pod Biedronką na Herbu Oksza do przychodni na Posagu 7 Panien jest nie do pokonania, wszystkie te argumenty i tak będą nieważne… Także podejrzewam, że słupki nadal będą nas dzieliły. Widać tak musi być.












