Kategorie
Warszawa

Rafał Trzaskowski wraca do Warszawy

Ten tekst miał pierwotnie ukazać się o 21:00 w niedzielę powyborczą i być ogólną oceną jego dokonań jako prezydenta m.st. Warszawy. Los jednak zdecydował inaczej, zamiast pisać wolałem odpoczywać i cieszyć się weekendem, a po 23:00 i tak jego koncept wymagał głębokiej aktualizacji.

Rafał Trzaskowski prezydentem Polski nie będzie. Tym samym zdarza się nam pierwsza od 22 listopada 2018 r. okazja, podczas której prezydent nie będzie niewolnikiem ogólnopolskich sondaży, traktującym stolicę jako trampolinę do prezydentury (bo w trzeci start Trzaskowskiego do Dużego Pałacu już nie wierzę).

Czy ta okazja zostanie wykorzystana? W mediach pojawiają się już pierwsze teksty na ten temat, m.in. dzisiejszy artykuł red. Gruszczyńskiego pt. “Nowe otwarcie na petardzie, czyli pięć spraw, które Trzaskowski powinien załatwić”. Według autora te sprawy to:

  • Inwestycje – przyspieszenie budowy nowych linii metra i tramwajów oraz mieszkania na tani wynajem.
  • Nowe twarze w ratuszu – otwarcie na młodych urzędników takich jakimi za HGW byli Jacek Grunt-Mejer czy Wojciech Wagner.
  • Kultura przede wszystkim – szerokie inwestycje w kulturę, także w literaturę (przykładem fińska biblioteka Oodi).
  • Nowe dzielnicowe centra – czyli inwestycje wychodzące poza centrum stolicy.
  • Stolica w stylu skandynawskim – nowe drogi rowerowe, więcej zieleni, bezpieczeństwa ruchu i koniec uchylania się od wprowadzenia nocnej prohibicji.

Ogólnie się zgadzam, jakby nie patrzył wywodzę się ze środowiska ruchów miejskich i te sprawy są dla mnie ważne. Niemniej jednak sam nieco inaczej rozłożyłbym akcenty i brakuje mi w tej diagnozie kilku kategorycznych stwierdzeń.

Także zrobię to po swojemu, zaczynając od diagnozy ostatnich 7 lat.

Część I: Diagnoza

Średni prezydent na trudne czasy

Jaka była prezydentura Rafała Trzaskowskiego do tej pory? W przeciwieństwie do części koleżanek i kolegów z ruchów miejskich uważam, że nie była tragiczna. Była średnia. Gdyby nie papiery i plany, które zostawiła za sobą HGW byłaby słaba. Słaba, bo prezydenta prawie nie było w Ratuszu, ciągle miał inne sprawy – Campusy, wyjazdy zagraniczne, kampanie prezydenckie i parlamentarne. 

To nie jest ocena, to są fakty. Łatwiej było zobaczyć Rafała Trzaskowskiego w telewizji niż na Radzie Warszawy. De facto miastem rządziło kierownictwo warszawskiej KO, a niektórych ciężarów (jak fatalny wiceprezydent Robert Soszyński) udało się pozbyć dopiero po tym, gdy wykazaliśmy, że zawala krytyczne dla funkcjonowania miasta tematy.

Co dowiózł Trzaskowski?

Nie znaczy to jednak, że Trzaskowski części tematów nie dowiózł. W przyszłym roku doczekamy się wreszcie otwarcia metra do Chrzanowa, a już teraz dociera na Bródno. Pisałem o różnych straconych szansach związanych z metrem, ale koniec końców jest budowane i nic nie wskazuje na to, że przestanie być. Tramwaj do Wilanowa jest faktem, faktem staje się tramwaj do Dworca Zachodniego. 

Tramwaj do Wilanowa, fot. m.st. Warszawa.

Rozmowy z kolejarzami odnośnie urządzenia miasta po remoncie linii średnicowej udało się uratować i powstanie m.in. tunel za Wschodnim, połączenie stacji Stadion z M2 i stacji Śródmieście z M1, a wszystko wskazuje na to, że również uda się zabudować wyrwę pomiędzy al. JP2 a placem Zawiszy. Udało się wybudować kładkę na Pragę, która jest absolutnym hitem turystycznym i dobrym przedłużeniem bulwarów. 

Kładka na Pragę, fot. m.st. Warszawa.

No i co najważniejsze, Trzaskowski jako pierwszy prezydent w ostatnim trzydziestoleciu zauważył, że centrum Warszawy jest mega syfiaste i najwyższy czas je ogarnąć. Plac Centralny, Chmielna, NCW – to naprawdę zmieni wizerunek miasta, choć oczywiście jeszcze dużo zostało do zrobienia. Ruszyła też miejska zieleń, przynajmniej tam, gdzie coś do gadania ma Zarząd Zieleni Warszawy oraz Biuro Architektury i Planowania Przestrzennego.

Plac Centralny, fot. m.st. Warszawa.

Tyle z plusów.

Czego Trzaskowski nie dowozi?

Niestety, są też minusy i jest ich całkiem sporo. Inwestycje w drogi, ba, nawet remonty dróg mocno stanęły w miejscu. Dopiero od zeszłego roku Ratusz zdecydował się na otwarcie skarbca i może ich tempo nieco wzrośnie. Ponieważ w Warszawie inwestycje rowerowe zazwyczaj powstają przy okazji drogowych albo tramwajowych, to tempo inwestycji rowerowych również jest ślimacze. O dużych inwestycjach w zasadzie można zapomnieć – sukcesy to kawałek Lazurowej i al. Polski Walczącej. Obwodnicy Pragi nie było chyba nawet w obietnicach wyborczych z 2018 roku i do tej pory jest o niej cicho. Nadzór nad inwestycjami jest taki, że tramwaj na Wilanów to mem w całej Polsce, a niekończący się remont trasy Łazienkowskiej i przyległości także sprawia, że ręce mieszkańcom opadają. Co do trasy NS Ratusz najchętniej sprzedałby ją GDDKiA, co znaczy, że nie będzie to w żadnym wypadku połączenie międzydzielnicowe, bo drogowcy od autostrad twardo stoją na stanowisku, że nie będą powtarzać scenariusza z S8 i nie będzie odstępstw od parametrów technicznych ekspresówki. A skoro tak, to pewnie nie będzie także cywilizowania Wisłostrady, bo NS-ka będzie dla tranzytu, a Wisłostrada dla ruchu lokalnego. No i cześć, tyle z marzeń o tym, że Czerniaków nie będzie przecięty bieda-ekspresówką.

Pisałem o tym, że zieleń ruszyła i to prawda – zieleń przyuliczna czy modernizacje istniejącej zieleni robią spore wrażenie. Jednocześnie widać, że Trzaskowski unikał za wszelką cenę decyzji, które by się wiązały z wykupem czegokolwiek. Mimo strategii, która wprost wskazywała gdzie powinny powstać nowe tereny zieleni urządzonej żeby mieszkańcy mieli do niej równy dostęp, lepiej było schylać się po nisko rosnące owoce, czyli Park Akcji “Burza” (skądinąd wspaniały) albo Park Naturalny Golędzinów, czyli de facto oficjalne uznanie i tak wykorzystywanych rekreacyjnie terenów zielonych na Pradze.

Komunikacja miejska? Na papierze rozwój, w praktyce ciche cięcia. Podwyżki cen biletów nie było od 2011 roku, co w połączeniu z budową nowych linii oraz wzrostu wynagrodzeń, podwyżek cen energii itd. oznacza, że z roku na rok utrzymanie warszawskiej komunikacji zbiorowej kosztuje coraz więcej, tymczasem połączeń na istniejących liniach ubywa. Nie ruszono w ogóle systemu komunikacji nocnej, choć ratusz doskonale wie, że ten staje się coraz bardziej archaiczny przez rozwój nowych osiedli i popularność przejazdów na aplikacje. SKM rozwinęła się w stopniu niewielkim (choć w dużej mierze to wina PKP i braku przepustowości na liniach). 

Rozwój Warszawy koncentrował się zatem na centrum, a cięcia odczuwały przede wszystkim obrzeża, gdzie autobusów i tak jeździ mniej, a inwestycje takie jak Nowe Centrum Warszawy, kładka na Pragę czy Muzeum Sztuki Nowoczesnej są widywane raz na jakiś czas.

No i polityka zaciskania pasa, z której pewnie wynika większość powyższych punktów. Tak, wiem, po drodze mieliśmy COVID, inflację, wojnę na Ukrainie oraz Polski Ład. Mimo tego Warszawa nadal ma jeden z najniższych wskaźników zadłużenia wśród dużych miast (przed nami jest tylko Olsztyn, miasto wielkości Białołęki) oraz budżetowo radzi sobie zaskakująco dobrze. Ponadto z kręgów zbliżonych do KO słyszę, że polityka oszczędności to nie konieczność zarządzona przez skarbnika, tylko osobista decyzja Prezydenta, który uznał, że trzeba ciąć dług i tyle. No to tniemy – razem z palcami.

Tanie miasto to kiepskie miasto

Tymczasem efekty są odczuwalne wszędzie. 

Straż Miejska działa jak chce, morale formacji jest niskie, wakaty olbrzymie. Centrum zaczęło zarastać graffiti. Przyzwolenie społeczne na parkowanie czy jazdę po chodnikach spada, ale nie widać żeby służby się tym przejmowały. Rosną też statystyki przestępczości.

Tak obecnie wygląda centrum Warszawy. To nie jest wyjątek, takie bohomazy pojawiają się dosłownie wszędzie, wliczając w to Stację Techniczno-Postojową Metra.

Problemy ze śmieciami pojawiają się nieprzerwanie od 2018 roku – na prawym brzegu Wisły legendarne jest olewactwo firmy Lekaro, ale na lewym też co weekend widuję przepełnione kosze, którymi nikt się nie interesuje po kilka dni (o ile w ogóle są ustawione). 

Mieszkańcy nie są w stanie doprosić się o odszkodowania za przejęcie ich gruntów (przykład 70-latki z Bemowa, która stała się na stare lata zakładniczką Metra Warszawskiego i rezerwy pod drogę to tylko najgłośniejszy z wielu przypadków). 

Na Pradze narasta kryzys związany z narkotykami, a dotychczasowe problemy pozostają nierozwiązane (dopiero od zeszłego roku widać jakieś przyspieszenie budżetowe w rewitalizacji, ale to i tak o wiele za mało, a na efekty poczekamy jeszcze co najmniej 2-3 lata). 

Budownictwo społeczne? Coś tam ciurka, ale przecież zaliczyliśmy w tej kadencji dwa lata bez budowy żadnego TBS-u, a fakt, że Trzaskowski kłamie w temacie liczby oddanych do użytku mieszkań komunalnych fact-checkowano po debacie prezydenckiej.

Inwestycje edukacyjne? W każdej dzielnicy, w której jest dużo młodych mieszkańców z dziećmi są spóźnione, i już w momencie oddania placówek do użytku brakuje miejsc. Gdyby nie lepienie systemu dopłatami do placówek niepublicznych, to by się już dawno zapadł pod własnym ciężarem – tyle, że placówki niepubliczne zazwyczaj mają małe place zabaw, ciasne sale i nieporównywalnie gorsze warunki od tych starych, zbudowanych jeszcze za PRL.

Drogi lokalne? Miasto postanowiło je niemal w całości scedować na art. 16 ustawy o drogach publicznych. Czyli budują deweloperzy i inwestorzy. Sam pomysł zły nie jest, gorzej z realizacją. Bo w praktyce dzielnice chcą dostać od deweloperów jak najwięcej infrastruktury, za to przymykają oko na to jak ta infrastruktura jest realizowana. Skutkiem jest brak nadzoru – o zabezpieczanie robót czy kontrolę poprawności ich wykonania mieszkańcy (w tym ja) dobijają się do wydziałów infrastruktury, a wydziały infrastruktury rozbrajająco odpowiadają, że to inwestycja prywatna. A potem przychodzi czas na powolny proces odbiorów i przejmowania inwestycji przez dzielnice podczas których sprzątanie odbywa się od wielkiego dzwona, służby nie interweniują i wszystko wygląda jak ziemia niczyja.


Na kulturze znam się słabo, ale pewne obserwacje mam. Duże inwestycje jako-tako idą, małe inwestycje – dużo gorzej. Domy Kultury w całej stolicy ratują sobie budżety z Budżetu Obywatelskiego. Wydaje się, że taka sytuacja nie świadczy o jakimś spektakularnym dofinansowaniu i rozwoju.

Wybory a sprawa warszawska

Wszystko to sprawia, że frustracja wśród mieszkańców narasta. Powoli. Bo Warszawa to nadal bogate i bezpieczne miasto, w którym się dobrze żyje. W którym nadal KO wygrywa wybory prezydenckie w pierwszej turze i w którym ma samodzielną większość. 

Pytanie jak długo jeszcze da się to utrzymać samą polaryzacją i antyPiS-em? W 2020 roku Trzaskowski w pierwszej turze wyborów prezydenckich zdobył 486 tys. głosów, w drugiej turze 695 tys. głosów. W 2025 roku było to już odpowiednio 460 tys. i 777 tys. 

Czyli poparcie dla urzędującego (!) prezydenta miasta w pierwszej turze spadło, a w drugiej turze (tej w której głosuje się w dużej mierze przeciwko konkurentowi) urosło o mniej niż by wynikało z samego wzrostu (realnej) liczby ludności i starzenia się społeczeństwa (przypominam, że w drugiej turze w grupie wiekowej 50+ kandydaci PiS i KO zyskali odpowiednio po 51,1% i 49,9% – także skończyły się czasy mówienia o tym, że to emeryci głosują na PiS). 

Duda (sądząc po opiniach i tym, co pojawiało się w kampanii) był dla mieszkańców Warszawy dużo bardziej strawnym wyborem niż Nawrocki, a mimo tego Trzaskowski powiększył swój wynik z 67,65% do raptem… 68,21%. 

Można te liczby interpretować różnie. Moja interpretacja jest taka, że wielu mieszkańców zagłosowało na Trzaskowskiego bez entuzjazmu albo zostało w domach, nie chcąc głosować na mniejsze zło. Oczywiście to nie było referendum za albo przeciw prezydentowi miasta, niemniej jednak nie wierzę, że ocena Trzaskowskiego jako prezydenta stolicy pozostała bez wpływu.

Pozycja w KO

Osobną sprawą pozostaje pozycja samego Trzaskowskiego wśród jego zaplecza politycznego. Po wyborach prezydenckich niewątpliwie uległa nadszarpnięciu, ale czy wcześniej była szczególnie mocna? Co bardziej krnąbrni burmistrzowie z KO potrafili się otwarcie Rafałowi stawiać, chodzą pogłoski, że struktury śmiały się z niego nie mniej od PiS-owców, określając go regularnie Bążurem i również nabijając się z tego, że niewiele robi i miasto go nie interesuje. To oczywiście pogłoski, które słyszałem od wybranych urzędników samorządowych. Czy było w nich ziarno prawdy?

Część II: Oczekiwania

Tekst robi się bardzo długi, także postaram się pisać krótko (to się raczej nie uda). Jak już pisałem wcześniej, sytuacja w której “nie ma na nic kasy” a miasto inwestuje w Sinfonię Varsovię, Metro, kładkę i Muzeum Sztuki Nowoczesnej jest niepoważna. Ewidentnie pieniądze są, skoro można je wydawać na prestiżowe inwestycje za miliardy złotych. To jest po prostu kwestia priorytetów, które ma władza.

Jeżeli pieniędzy faktycznie nie ma, to pora zacisnąć pasa i skupić się przez najbliższe lata na twardych inwestycjach. Edukacja, transport, bezpieczeństwo, mieszkania. Jeżeli są, to należy zacząć je wydawać również na twarde inwestycje, także dla dzielnic peryferyjnych i także dla nowych osiedli. Niech stolica wreszcie będzie czysta, dobrze skomunikowana, bezpieczna (to wieloaspektowy problem, od pomazanych elewacji i pociągów metra, notoryczne wypadki powodowane przez wypadki uberowców, kryzys narkotykowy na Pradze czy rosnące statystyki przestępczości).

Rok 2025, fot. Bikes / SSC.
Rok 2013, fot. Google. Jak na dłoni widać, że patoparkowanie to nie jest problem „likwidacji miejsc postojowych”. W 2013 roku tak samo nie było w tym miejscu miejsc postojowych, istniały już pasy rowerowe. Patoparkowanie to efekt braku interwencji Straży Miejskiej i niemal zerowej karalności patokierowców.

Miasto chce zachęcać mieszkańców do rowerów i komunikacji publicznej? To niech w nie zacznie wreszcie na poważnie inwestować! Bo bez tego trudno przekonać kogoś do przesiadki z auta. Piszę to z pewnym bólem serca, bo sam jestem ogromnym fanem zbiorkomu i roweru. Ale jeżeli jest paskudna pogoda, to wybór pt. godzina autobusem a godzina autem jest niestety dość prosty. Także dla mnie.

Urzędnicy z ZDM będą przekonywać, że przecież inwestują i tempo nie zwalnia. No może nie zwalnia, ale też nie przyspiesza. Dziury w infrastrukturze jak były tak są, Puławska wygląda jak wygląda, Targowa podobnie, projektu Rowerowego Średnicowego do niedawna nikt nie traktował poważnie, ponieważ “niedasie” i “tak się nam wydaje”.

Zdążyłem się w ciągu ostatnich 8 lat wprowadzić na Szmulki i się z nich wyprowadzić, a z okolic ul. Kawęczyńskiej nadal nie żadnej infry rowerowej w stronę Kijowskiej i mostu Świętokrzyskiego, a tramwajów dla odmiany ubyło. Ale na pocieszenie, po 7 (!!!) latach męczenia buły stołecznym urzędnikom nie ma też żadnego realnego planu, aby to się zmieniło. To ma być zachęcanie do transportu zbiorowego albo roweru? Pls.

Mało tego, jeżeli transport zbiorowy ma być wydajniejszy, to nie ominą nas albo inwestycje w drogi albo rozbudowa metra na peryferia. Bo autobusy – tak się śmiesznie składa – jeżdżą po drogach. I stoją w tych samych korkach co auta. A pociągi niestety nie jeżdżą wszędzie. Gdybym miał pociąg z Ursusa do Mordoru który dojedzie tam szybciej od autobusu, to bym nim bardzo chętnie jeździł. Ale nie mam. 

Także w praktyce mam do wyboru 3 opcje, z których każda w szczycie zajmuje +/- godzinę (uwaga, doliczam do tego dowóz młodzieży do placówek edukacyjnych – bez tego byłoby ok. 20 min szybciej). Preferencja jest więc prosta – rower, auto, a dopiero na końcu autobus. Life is brutal, a ja nie mam czasu, żeby promować zbiorkom wyłącznie hobbystycznie. Jego celem jest dowiezienie mnie szybko do celu, jak tego celu nie spełnia, to nie korzystam (tak, wiem, są ludzie bezgranicznie zakochani w swoich autach i rowerach – szanuję, ale nie wyobrażajcie sobie proszę, że wasz lifestyle jest jedynym słusznym i obowiązującym lifestylem, komentarze o tym, że komunikacja jest zaszczana i “jeżdżą nią żule” także możecie sobie wsadzić w mało szlachetne miejsce, skąd najpewniej zostały zaczerpnięte).

Także panie Rafale, jeżeli chce pan wziąć się do pracy i faktycznie pozostawić po sobie dobre wrażenie, to najwyższy czas zabrać się za dopieszczanie wszystkich mieszkańców, a nie tylko szczęśliwców z centrum. Samą kontynuacją projektów rozpoczętych przez HGW nie zapisze się pan złotymi zgłoskami w historii miasta.

No i jeszcze jedno – niech pan porzuci wreszcie M3 w obecnym przebiegu. To się nie uda. Zamiast tego lepiej zbudować długo obiecywany tramwaj na Gocław, zaprojektować trasę M3 tak, żeby faktycznie miała dobre napełnienia i oferowała konkurencyjny czas przejazdu. Wytłumaczyć prezesowi Lejkowi, że stacja Stadion to projektowa porażka i trzeba ją przebudować albo pogodzić się z tym, że drugi peron nigdy nie będzie wykorzystany. Nie stać nas na to, żeby budować metro którym będzie jeździło mniej osób niż tramwajem. Na pewno nie stać na to osób, które obecnie nie mają żadnego sensownego dojazdu do roboty.

A skoro już się pan publicznie chwali miejskimi mieszkaniami, to niech je pan wreszcie zacznie budować. 

Niedoinwestowanie peryferiów a kwestie ideologiczne.

Mam wątpliwości, czy którekolwiek z tych punktów są do zrealizowania także ze względów… ideologicznych. Tak, kochani, KO próbuje udawać partię merytoryczną, która jest wyrwana z okowów ideologii, ideologiczny jest PiS. Ale przecież to nieprawda. Ideologia klasy dominującej jest podobno niewidzialna. Coś tam jednak można wyłowić z rozmów kuluarowych i wypowiedzi publicznych. Tą ideologią jest oczywiście liberalizm, rozumiany w tym przypadku dość łopatologicznie.

Otóż na dobre rzeczy zasługują ci, co na nie zapracowali. Czyli ci zamożniejsi. Centrum jest zamożniejsze, ma droższe mieszkania, więc jego mieszkańcy dostają lepsze rzeczy i lepsze zabawki. Peryferia są uboższe, więc muszą poczekać, w końcu było tanio to niech się pomęczą, wszyscy się musieli pomęczyć to i oni dadzą radę. 

Myślicie, że przesadzam i przenoszę na ten tekst wyłącznie perspektywę z Szamot? Cóż, to spójrzcie na sąsiednie Skorosze, gdzie w przestrzeni publicznej nadal można wyłapać komentarze z kręgów KO lub związanych z KO mówiące o tym, że przecież wiedzieli co kupowali. Zresztą, Nowolazurową też wybudowano dopiero wtedy, kiedy dojazd ze Skoroszy zrobił się już tak nieznośny, że na osiedlu kipiało. Kupili taniej, to poczekają. Nie powinniśmy teraz wydawać pieniędzy na jakieś parki dla nich, są pilniejsze potrzeby w centrum. Spójrzcie na Zieloną Białołękę – kiedy doczekała się chociażby buspasa? Jak idą inwestycje na Kamionku? A remont dróg prowadzących do osiedla Wilno? Tramwaj wzdłuż Modlińskiej? Tramwaj na Siekierki i planowanie jakiejkolwiek infrastruktury na Augustówce? 

Z nowych osiedli chyba tylko Chrzanów miał szczęście i będzie miał dobrą infrastrukturę w miarę wcześnie. Miasteczko Wilanów w końcu przecież też swoje na tramwaj musiało poczekać – mimo pozostawionej od razu rezerwy.

Jasne, rozwój musi być zrównoważony i nie ma co liczyć na to, że nagle nowe osiedla dostaną priorytet nad zaległymi inwestycjami ze starych osiedli. Ale litości, to właśnie nowe osiedla rosną i się rozwijają. I potrzebują szkół, parków i usług publicznych na teraz. Za 15 lat te wszystkie dzieciaki, które obecnie widać w wózkach będą już się powoli zbierały na studia, a pilne potrzeby będą znowu gdzie indziej. Być może poza Warszawą, bo przez wysokie ceny mieszkańcy coraz częściej decydują się na to, żeby zamiast Ursusa czy Białołęki wybrać Lesznowolę. Bo przecież i tak jedzie się długo, to może lepiej wybrać większy metraż. Do tego taniej. Jedyna szansa dla Warszawy to walczenie o mieszkańców dobrymi usługami publicznymi – przedszkolami, żłobkami, dojazdem, sklepami. Cenowo stolica zawsze przegra z obwarzankiem. 

Pewnie, to wybór mieszkańców. Nie mam nic do niego, mogą się wyprowadzać gdzie im pasuje. Ale dla stołecznego samorządu to problem, bo ma więcej ludzi, którzy z miasta korzystają (nawet jeżeli chodzi tylko o drogi albo transport zbiorowy) ale podatki płacą już poza Warszawą.

Podsumowanie

Moim zdaniem i tak nic z tego nie wyjdzie i będziemy mieli do 2029 roku więcej tego samego. Ale cóż zaszkodzi pomarzyć.

PS. Taka luźna refleksja na koniec. To, że peryferia są niedoinwestowane i dobrą infrastrukturę zyskują dopiero po czasie to nic nowego. Czytam sobie wspomnienia z Warszawy czasów międzywojennych i z czasów PRL i ten schemat się ciągle powtarza, doskonałym przykładem jest Ursynów – obecnie uważany za modelowe osiedle, a w latach 80. będący usługową pustynią bez dróg, tonącą w błocie i skomunikowaną z centrum autobusami przyspieszonymi.

Ale czy jest z mojej strony naiwnością, że od wolnej Polski wymagam więcej? Czy my po prostu inaczej nie potrafimy?

PS2. O polityce krajowej nie będę więcej pisał, bo wszystkie moje prognozy się nie sprawdzają a analizy są o kant potłuc. Trzymanie się tematów na których się znam jest bezpieczniejsze.

Kategorie
Praga-Północ Różności

Komu przeszkadza Budżet Obywatelski?

Kolejne głosowanie w Budżecie Obywatelskim za nami. Zwycięskie projekty tradycyjnie już w dużej części dotyczą zieleni i rowerów. Dla niektórych radnych to cierpienie nie do zniesienia.

“Przegląd Praski” szczuje po porażce

W tym roku żaden z projektów zgłoszonych na Pradze-Północ przez ponure stowarzyszenie “Kocham Pragę” nie dostał się do finału, mimo ogromnego wsparcia ze strony radnych, urzędników i zarządu dzielnicy. Na łamach “Przeglądu Praskiego” wydawanego przez praskiego radnego-hejtera Kamila Ciepieńko ukazał się artykuł tej treści:

Moim zdaniem redakcja powinna cieszyć się z porażki. Gdyby projekt neonu reklamującego “Kocham Pragę” przeszedł w głosowaniu, anonimowy mieszkaniec będący jego autorem zapewne skończyłby z zarzutami w związku z finansowaniem kampanii wyborczej z budżetu gminy.

Gdyby towarzystwo z “Kocham Pragę” uczyło się na swoich błędach, porażkach i nieprzyjemnych przygodach z prawem być może dostrzegliby dlaczego na Pradze-Północ każdego roku wygrywają projekty związane z zielenią. Niestety nie widzę na to większych szans, więc pewnie zamiast tego zabetonują kolejny skwer albo wytną więcej drzew w imię “walki z lewacką ideologią”.

Radny Kobyliński przegrywa nawet, gdy wygrywa

Dużo bardziej kuriozalny jest komentarz Ernesta Kobylińskiego, praskiego radnego “Solidarnej Polski” (to ta partia Ziobry), związanego niegdyś z pismem “Nacjonalista” i Rodziną Radia Maryja. 

Ogólnie wyniki głosowania na poziomie Warszawy są całkiem rozsądne. Niestety nie można tego powiedzieć o głosowaniu w Dzielnicach. Na Pradze-Północ przeszedł tylko jeden sensowny projekt.

W innych Dzielnicach też nie wygląda to dobrze. Często na poziomie Dzielnic głosowanie zostało zdominowane przez lokalne grupki tzw. pato-aktywu. To bardzo niebezpieczny precedens, który z roku na rok jest coraz bardziej widoczny.

Frekwencja w głosowaniu kolejny raz okazała się porażką. W skali miasta, które ma około 2 miliony mieszkańców, głosowało około 90 tyś. osób. Kolejny rok widać, że BO mieszkańców nie interesuje. Przez to na poziomie Dzielnic przechodzą projekty nieistotne a czasem nawet szkodliwe, które zdobywają niewielką ilość głosów.

Kuriozalny, bo jeden z projektów Ernesta ukończył głosowanie na 3 miejscu wśród projektów ogólnomiejskich. Radny chwali się, że zdobył 23 tysiące głosów, co pokazuje, że (zwłaszcza na poziomie dzielnic) projekty związane z zielenią i rowerami to efekt mobilizacji “lewicowych fanatyków”.

Tymczasem jakie projekty zajęły miejsce 1 i 2?

  • 2050 Drzew dla Warszawy (27805 głosów)
  • Asfaltowe Drogi dla Rowerów (27618 głosów)

Projekt Ernesta wygrał, bo było na niego zapotrzebowanie, a nie dlatego, że radny jest jakąś ikoną antysystemowości. Jego galeria niespełnionych obietnic Trzaskowskiego zebrała zaledwie 1054 głosy – czyli o 17 tysięcy mniej od projektu dotyczącego ławek oraz 20 tysięcy mniej od projektu dotyczącego kontraruchu rowerowego.

Jaki z tego wniosek? Przechodzą projekty dobre, o chwytliwych nazwach i na które jest zapotrzebowanie. Inne w głosowaniu giną. Radny przejechał się na taktyce zgłaszania kilkudziesięciu projektów do dzielnicowego BO, więc teraz BO jest zły. Proste.

W dalszej części wpisu radny Kobyliński pisze, że wpisanie Budżetu Obywatelskiego do ustawy było błędem, a BO w Warszawie powinien zostać zlikwidowany lub “zawieziony” (sic), ponieważ się nie sprawdza. 

Prawda jest jednak nieco inna od wyobrażeń radnego. Gdyby BO nie wpisano do ustawy, lokalni watażkowie po prostu by go nie stosowali, jeszcze bardziej ograniczając prawo mieszkańców do decydowania o swoich własnych podatkach. Biorąc pod uwagę nacjonalistyczne zapędy Ernesta, nie dziwi mnie, że to właśnie jemu marzy się zamach na demokrację bezpośrednią.

No dobra, ale co z frekwencją?

W tym roku frekwencja wyniosła 88861 głosów. Nie będę pisał, że to wynik dobry, bo nie jest dobry. To prawie 5 tysięcy głosów mniej niż w roku poprzednim, a spadek jest stały i widoczny od lat.

Jak to zmienić? Nie wiem. Sam uczestniczę aktywnie w promocji projektów do Budżetu Obywatelskiego i widzę wyraźnie, że zainteresowanie wzrasta pierwszego i ostatniego dnia, a poza tym BO jest praktycznie niewidoczny. Na pewno mają na to wpływ zawłaszczanie budżetu przez radnych oraz niejasne kryteria oceny. Zapewne zawodzi też promocja po stronie miasta i pokazywanie korzyści, jakie mieszkańcy mają z Budżetu Obywatelskiego. Obojętne też nie są wpadki, takie jak ta z placem zabaw w Dolince Służewieckiej.

Nie zgadzam się jednak ze stwierdzeniami, że Budżet Obywatelski jest do wyrzucenia. Widać zresztą, jaką radość może wywołać zwycięski projekt nawet wśród społeczników, którzy mają poglądy inne niż “lewicowi fanatycy” których z zapałem godnym inkwizytora tropi radny Kobyliński 😉

Polecam wszystkim podejście pani Doroty do Budżetu Obywatelskiego. Zamiast płakać, bojkotować i szczuć lepiej zgłaszać własne projekty i mobilizować sąsiadów do głosowania. 

Kategorie
Różności

W sprawie Śródmieścia Złomnik myli skutek z przyczyną

Bloger Tymon Grabowski (szerzej znany jako Złomnik) popełnił niedawno dość emocjonalny wpis dotyczący zmian w Śródmieściu i remontu Placu Pięciu Rogów. Niestety, głównym uczuciem towarzyszącym jego lekturze jest rozczarowanie. Tymon słyszy dzwony, ale nie ma pojęcia w którym kościele biją. Dlaczego?

Spisek aktywistów i Trzaskowskiego

“Gdyby ktoś zapytał mieszkańców, czy życzą sobie mieć wybetonowany plac bez funkcji komunikacyjnej, zapewne parsknęliby śmiechem. Mieszkańcy są jednak od dawna solą w oku i wrzodem na dupie koalicji samorządowo-aktywistycznej. Liczą się wyłącznie turyści. Turyści przynoszą hajs, mieszkańcy przynoszą kłopoty. Do miasta masz przyjechać, zachwycić się, wydać pieniądze i wyjechać.”

Nie da się ukryć, że tzw. Plac Pięciu Rogów jest potężnym rozczarowaniem. Pisali o nim przedstawiciele bodaj wszystkich ruchów miejskich w Warszawie – wśród społeczników plac wzbudził ogromne emocje. Emocje w większości negatywne, czego Grabowski zdaje się zupełnie nie zauważać. Zamiast tego buduje dość zabawną wizję ukrytej koalicji samorządowo-ruchomiejskiej, która chce rugować mieszkańców Warszawy z ich domów. Dla każdego znającego historię zaangażowania organizacji takich jak Miasto Jest Nasze w walkę z dziką reprywatyzacją musi to być wyjątkowo zabawna lektura.

Bardziej jednak rozśmiesza mnie pisanie o tym, że mieszkańcy “nie chcieli mieć placu bez funkcji komunikacyjnej” i że ta “funkcja komunikacyjna” jest podstawowym oczekiwaniem mieszkańców. Żeby “dało się żyć, czyli dojechać i zaparkować” w nieśmiertelnych słowach Małgorzaty Mikulskiej-Rembek.

Tymczasem oczekiwania mieszkańców Śródmieścia wydają się być dokładnie odwrotne. Skomunikowani ze światem są przecież wyśmienicie, a najbardziej prestiżowe (i nadal zamieszkane) osiedla to Stare Miasto i Nowe Miasto, oba znane z minimalnego ruchu oraz nadal dość restrykcyjnego podejścia do ciszy nocnej (chwała mieszkańcom za to).

Śródmieście nie umiera od wczoraj

Przypomnijmy kilka podstawowych faktów:

  • Mieszkańcy opuszczają Śródmieście masowo co najmniej od 2005 roku, a najpewniej od lat 90. (choć zmiana granic gmin i dzielnic utrudnia dokładne szacunki).
  • Powody są wielorakie, wśród nich hałas, syf, rugowanie ze Śródmieścia szkół, sklepów i usług, szalone ceny nieruchomości, drożyzna w pozostałych sklepach i podporządkowanie dzielnicy funkcji rozrywkowo-parkingowej (z coraz większą ekspansją pseudohoteli typu AirBNB które zatruwają życie mieszkańcom).

Jeżeli chodzi o punkt drugi, jest to konsekwencja podejścia prezentowanego przez wszystkich włodarzy miasta od 89 roku. Bary mleczne są niemodne. Mieszkańcy są niemodni. Szkoły są niemodne. Ma być nowocześnie i na bogato. Ma być turystycznie i widowiskowo. Pamiętacie słowa burmistrza Bartelskiego o biedzie i wrażliwości społecznej? No właśnie.

Mógłbym tu przytoczyć całą listę bitew, które toczyli chociażby członkowie MJN w sprawie wymierającego Śródmieścia (mapa reprywatyzacji, gimnazjum na Twardej etc.), ale po co, skoro Grabowski wie swoje o samorządowo-ruchomiejskowym spisku? 

Tymona sen o Warszawie 

“W latach 90. Warszawa, a właściwie jej centrum, było miastem-bazarem i na swój sposób było to wspaniałe, ponieważ w tym chaosie, w tych szczękach i stolikach turystycznych tętniło prawdziwe życie. Obecnie jest miastem-hotelem, a będzie nim jeszcze bardziej, bo w takim kierunku idzie i prezydent Rafał, i udający-że-go-krytykują aktywiści, którzy tak naprawdę wszystko to popierają i inspirują”.

Pisze Grabowski, wywołując co najwyżej uśmiech politowania. Dlaczego?

Bo to na przełomie lat 80. i 90. zaczęła się wielka ucieczka ze Śródmieścia. Miasto-bazar być może wyglądało dobrze we wspomnieniach Tymona, ale w praktyce było przyczynkiem do odpływu mieszkańców z centrum. W latach 90. Nowy Świat był mordownią w której mieszkania można było wynająć za grosze (przyjaciel tak właśnie zaczął swoją przygodę ze stolicą po przeprowadzce z Kielc). W latach 90. klasa średnia masowo uciekała z centrum na Bemowo albo do domków na przedmieściach. 

Idealne miejsce do życia według Złomnika.

W latach 90. zaczęło się wszystko to, o czym Tymon pisze jako o świeżej winie ruchów miejskich i Rafała Trzaskowskiego. Coś o tym wiem – moja rodzina też wtedy ze Śródmieścia czmychnęła, i to wcale nie z jego “turystycznej” części. Po prostu wtedy była taka moda, bo centrum Warszawy było brudne, pełne reklam, samochodów, hałasu i bazarowego syfu. Nie dało się po nim chodzić przez zaparkowane wszędzie samochody, za to z opowieści rodziny i przyjaciół wynika, że można było tam bez problemu dostać w ryj. Dziwne, że o tym Grabowski już nie pamięta.

Przyjazna mieszkańcom ulica Świętokrzyska w latach 90.

Tymczasem nowy system oferował nowy model życia – centra handlowe zamiast syfiastych bazarów i komfortową suburbanizację opartą o minimum dwa auta w rodzinie, wygodny dojazd (jeszcze) w miarę pustymi ulicami. Ulicami, które oczywiście już w połowie lat 90. zrobiły się zatłoczone ponad wszelką miarę, ale któż mógł to wtedy przewidzieć?

MJN pisał o tym już 10 lat temu

Ten proces można było zatrzymać. Ruchy miejskie – przede wszystkim Miasto Jest Nasze – apelowały o to wielokrotnie, uczestnicząc też w akcjach broniących szkół, parków i zwykłych mieszkańców. Sam napisałem licencjat dotyczący przebudowy placu Grzybowskiego i konsultacji społecznych w tej sprawie. W skrócie – miasto wyrzuciło do kosza większość oczekiwań mieszkańców (chcieli mieć spokojną, zieloną przestrzeń, nie wymagającą kosztownej przebudowy) aby zrobić z placu reprezentacyjno-betonowo-parkingowe zaplecze dla właścicieli okolicznych wieżowców. 

W kwestii wyników konsultacji w Warszawie była to zresztą raczej reguła niż wyjątek (na co wielokrotnie zwracało uwagę choćby Zielone Mazowsze).

Proces ten można było zatrzymać, ale władze miasta po prostu tego nie chciały i miały „w głębokim poważaniu” apele mieszkańców (w tym członków ruchów miejskich). Było tak niezależnie od opcji politycznej. Osobiście nazywam to fetyszem modernizacji. Fetysz ten obecny jest zarówno po prawej jak i po lewej stronie sceny politycznej, a jedyną różnicą w tej kwestii między Trzaskowskim a Jakim jest to, że ten pierwszy mówi, że troszczy się o pieszych i rowerzystów, a ten drugi mówił, że troszczyłby się o kierowców. 

Nie mam wątpliwości, że niezależnie od tego, czy rządziłoby PiS czy PO dobro mieszkańców Śródmieścia byłoby gdzieś na końcu listy priorytetów, a najważniejsze byłyby duże i spektakularne inwestycje, którymi można się chwalić przed kamerami i dalsze betonowanie miasta. Za Trzaskowskiego jest to Plac Pierogów, dla Jakiego byłby to Plac Kaczyńskiego. Pozostali kandydaci zostali skutecznie obrzydzeni przez mainstreamowe media, więc niestety nawet nie ma co o nich wspominać.

Dlatego też dla większości społeczników których znam, Trzaskowski był mniejszym złem na drugą turę wyborów samorządowych (do której zresztą nie doszło, ponieważ wygrał w pierwszej). Mniejszym złem, ale nadal złem, ponieważ za jego kadencji o każdą zmianę na korzyść mieszkańców (w tym o wspomniane przez Grabowskiego połączenie rowerowe przez most Poniatowskiego) nadal trzeba walczyć latami. Jest to po prostu nieco bardziej uśmiechnięta i „woke” wersja Hanny Gronkiewicz-Waltz.

Podsumowując

Publicystykę Złomnika śledzę od lat i jestem pod wrażeniem jego ogromnej wiedzy w temacie motoryzacji. Widać też, że w gruncie rzeczy jest spoko gościem, nie zaczadzonym ideologią i traktującym środki transportu – cóż, jak środki transportu, a nie jako metodę przedłużenia penisa czy fundament światopoglądu.

Niestety, jest też (mikro)celebrytą, co znaczy, że od czasu do czasu musi zrobić wokół siebie szum, nabić klików i dzięki temu podbić trochę odsłon na stronie, sprzedać kilka książek więcej itd. Rozumiem – biznes to biznes. Obecnie żeby go podratować, musi trochę powalić w Trzaskowskiego (słusznie) i w ruchy miejskie (niesłusznie) żeby podnieść swoje notowania u co bardziej fanatycznych petrolheadów.

Szkoda tylko, że efekt tego zamieszania to tekst w najlepszym przypadku naiwny, a w najgorszym zwyczajnie głupi. Skutek jest tu pomylony z przyczyną, a nostalgia za latami 90. ze zdrowym rozsądkiem. A szkoda.