Kategorie
Parkowanie Ursus

Długi i nudny wpis o parkowaniu (czyli jak rozwiązać nierozwiązywalny problem)

Udostępnij

Wszystko wskazuje na to, że najgorętszym tematem 2026 roku w Ursusie będzie parkowanie.

Jedni chcą parkować wszędzie i za darmo, uważają, że chodzenie jest tylko dla biedaków bez auta, a miasto na każdym kroku walczy z kierowcami.

Drudzy nie życzą sobie samochodów na chodnikach i zieleni, nie chcą przepychać się między źle zaparkowanymi autami.

Jedni chcą zieleń wycinać, bo jest niepotrzebna i nie ma z niej żadnej korzyści, drudzy chcą tereny zieleni powiększać, bo uważają, że w dzielnicy jest za dużo betonu.

Spór na pozór nie do rozwiązania.

Choć moim zdaniem tylko na pozór, a istota problemu leży gdzie indziej, niż się większości osób wydaje.

Chętnych do kulturalnej dyskusji i otwartych na wymianę poglądów zapraszam do lektury, pozostali mogą się wykazać w komentarzach (przynajmniej przez kilka minut, potem pozostanie już tylko opcja płakania, że niedobry radny blokuje za niewinność).

PS. Jeżeli nie chce ci się czytać długiej teorii i chcesz przejść wprost do propozycji rozwiązań, kliknij tutaj.

Słowem wstępu

Problem z parkowaniem niewątpliwie istnieje, i to niezależnie której strony się o to spyta. Strona “propiesza” wskaże regularne łamanie prawa przez kierowców, jazdę po chodnikach, cofanie na ślepo, rozjeżdżanie zieleni itd. Strona “prosamochodowa” – że trudno jest zaparkować, że biznesy upadają bo brak parkingów, że straż miejska i konfidenci czepiają się o nic, bo zawsze tak było i nikomu to nie przeszkadzało.

Moim zdaniem szansa na jakiekolwiek rozwiązanie problemu istnieje tylko w przypadku wysłuchania obu stron. Jeżeli ktoś twierdzi, że “zawsze tak było i nikomu nie przeszkadzało” to raczej nie jest na to otwarty. Te głosy w debacie moim zdaniem należy zatem ignorować.

Podobnie jak te o straży miejskiej i donosicielach. Gardzę mentalnością dresiarzy i kiboli, nie jest to mój target ani elektorat, nie zamierzam o nich zabiegać ani się przed nimi uginać.

Jak chcą coś tam sobie furczeć o sześdziesionach i komfidentach to ich sprawa.

Warto rozmawiać (z odpowiednimi ludźmi)

Cała reszta jest natomiast warta rozważenia. Niewątpliwie splot kilku czynników – wzrostu świadomości mieszkańców, wycinania “parkingów społecznych” (tzw. “dziadoparkingów”, czyli betonowych placów otoczonych siatką z budką przy wjeździe) pod nowe inwestycje, wprowadzenie opłat na parkingach supermarketów czy dostosowywanie ulic do obecnych przepisów wpływa na zmniejszenie podaży miejsc parkingowych.

Jednocześnie popyt jest wysoki, bo jak często jest argumentowane “te samochody z dnia na dzień nie znikną”. Uważam, że to stwierdzenie jest w 100% prawdziwe (choć w perspektywie kilku miesięcy część z nich pewnie faktycznie zniknie).

Dodatkowo, najważniejszy i podstawowy problem powodujący to, że w Ursusie nagle brakuje miejsc parkingowych jest banalnie prosty. W ciągu ostatnich 12 lat populacja Ursusa zwiększyła się z 55 tys. do 71 tys. i ciągle rośnie.

Do tego wskaźnik motoryzacji stale rośnie. Nawet po rewizji CEPiKU pod kątem “martwych dusz” (czyli dawno zezłomowanych albo wyeksportowanych samochodów) widać, że aut jest ponad 2x więcej niż w 2004 roku. Niezależnie od tego czy są to auta flotowe, leasingowe czy prywatne – zajmują one fizycznie miejsce przy ulicach lub w garażach. 

Tymczasem fizycznego miejsca jest nadal tyle samo co było, ulice nadal są tej samej szerokości (jeżeli ktoś planuje wyburzanie budynków pod ich poszerzanie to ponownie życzę powodzenia w budowaniu większości pod tym pomysłem), a parkingów ubywa z powodów wymienionych wcześniej.

Problem jest, rozwiązań nie ma

Problem więc istnieje, natomiast politykom najłatwiej jest go rozwiązywać po prostu szczując jedną grupę na drugą i robiąc swoje. Od czasu do czasu wykonują też pewne ruchy – nie nadmiernie gwałtowne – żeby pokazać, że próbują coś z nim zrobić. Do tych ruchów należy chociażby (odbywające się w ciężkich bólach) zwiększanie aktywności Straży Miejskiej albo wykonywanie zmian na ulicach wymaganych ustawowo. 

Jednak o jakichkolwiek bardziej śmiałych pomysłach nie ma mowy. Co do zasady władze miasta liczą na to, że problem sam się rozwiąże (np. poprzez tworzenie parkingów na terenach wspólnot) a winę zwali się w razie czego na aktywistów. Tym samym frakcji “prosamochodowej” zapewniają kozła ofiarnego, a frakcji “propieszej” minimalne zmiany na lepsze. Panu Bogu świeczkę, a diabłu ogarek. Jednocześnie w praktyce nie zmienia się za dużo, więc umiarkowany elektorat nie jest nadmiernie wkurzony.

Podobny mechanizm widzieliśmy w przypadku awantury o Stop Alko, tylko tam problem wybuchł Platformie Obywatelskiej w twarz do tego stopnia, że Tusk musiał się wściec i ustawić swoich radnych w szeregu, żeby zagłosowali tak jak trzeba.

Tyle, że bez odważnych rozwiązań nie będzie wymiernych efektów.

Sprzeczne interesy

Druga sprawa to rozbieżne interesy różnych grup społecznych. Jeżeli ktoś należy do frakcji “propieszej” (jak ja) i jeszcze do tego ma dzieci, to szerokie chodniki, oddzielone zielenią od jezdni są dla niego oczywistą korzyścią. Żeby to zrozumieć, trzeba po prostu swoje przejechać z wózkiem dziecięcym i wychodzić z rozbieganym dzieckiem za rękę. Jeżeli ktoś należy do frakcji “prosamochodowej” i dzieci nie ma, to pyta po co całe to zielsko, przecież by to można wybetonować, a jak chce się zieleni to można pojechać do parku. Prawda? To przecież takie proste.

Nie ma sposobu, żeby dogodzić w 100% obu tych stronom. Przy obecnych przepisach ponadto dużo łatwiej dogodzić pieszym niż kierowcom (pisałem o tym więcej w ostatnim tekście o słupkach – trudno odzwyczaić się od złych nawyków).

Inną grupą są właściciele lokali usługowych. Dla tych więcej miejsc parkingowych to jest oczywista korzyść w postaci darmowych miejsc dla ich klientów. Oczywiście nie dla wszystkich lokali, bo przykład Salut czy Baru Mlecznego “Ursus” pokazują, że niektóre biznesy świetnie funkcjonują niezależnie od miejsc postojowych (Salut jeden sezon przeżył bez ulicy pod oknami, a mimo tego do lokalu codziennie waliły tłumy). Natomiast można przyjąć, że dla wielu owszem, ma to znaczenie.

Problem w tym, że to nie jest koniecznie korzyść dla mieszkańców. Na co mieszkańcy Szamot narzekają najczęściej? Na korki. Czy zwiększenie liczby klientów przyjeżdżających do lokali usługowych autem by te korki zmniejszyło czy zwiększyło? Na to pytanie polecam odpowiedzieć sobie samodzielnie. Jeżeli ktoś nie potrafi sobie tego wyobrazić, to polecam wybranie się w okolice Factory podczas Jungle Night. 

Nikogo nie powinno dziwić, że mieszkańcy okolicy przedkładają swoje interesy (brak korków, wolne od aut chodniki, mniejszy ruch pod oknem) nad interesy właścicieli lokali i przyjezdnych (łatwość zaparkowania, łatwy tranzyt przez osiedle). Każdy kieruje się przecież swoim interesem.

Oczywiście są na to argumenty przeciwne – że więcej miejsc to więcej stabilnych biznesów dostępnych dla mieszkańców. Z tym się zgadzam, jest to konkretna korzyść. Jedyne z czym się nie zgadzam to z twierdzeniem, że tylko miejsca postojowe mają na to wpływ. Moim zdaniem jest to całkowite ekonomiczne foliarstwo i płaskoziemstwo. Według oficjalnych statystyk 80% biznesów w Polsce nie dożywa 5 lat. Jest absolutnie niemożliwe, żeby w każdym wypadku była to wina miejsc parkingowych. Niemożliwe jest też to, że Smyk na Szamotach zwinął się z braku miejsc parkingowych – bo znajdował się dosłownie przed największym parkingiem w okolicy. Po prostu biznesy czasem upadają i tyle. 

Doskonałym przykładem jest Due Monti, która borykała się od początku z problemami z obsadzeniem stanowiska pizzera, mieszkańcy narzekali na obsługę pod wpływem alkoholu, na ciągłe puszczanie disco polo w lokalu. Ostatecznie pizzeria się zawinęła, a jej miejsce zajął Bar Mleczny Ursus, który od pierwszego dnia stał się ogromnym hitem. 

W okolicy nie przybyło tymczasem ani jednego miejsca parkingowego.

Czy Orka i tapasy zwinęły się przez brak miejsc postojowych? Dopuszczam taką możliwość. Jednocześnie należy zaznaczyć, że dopóki działali, to działali dzięki temu, że obowiązujący od 2014 roku zakaz parkowania przy ul. Posag 7 Panien po prostu nie był egzekwowany. Zakaz ten był wpisany w plan zagospodarowania. Czy właściciele w/w lokali kiedykolwiek złożyli wniosek o korektę planu?

Niedocenione znaczenie klientów chodzących pieszo

Frakcja “prosamochodowa” nie wierzy również w to, że wygodne dla pieszych ulice zwiększają obroty pobliskich lokali, choć są na to badania (1) (2) (3), a najwyższe czynsze w Polsce nie bez powodu znajdziemy przy deptakach.

Niestety, na to już nic nie poradzę, to chyba jest po prostu kwestia wiary i ideologii. Natomiast według mojego serdecznego kolegi zajmującego się zawodowo m.in. automatycznymi pomiarami ruchu pieszego, ul. Posag 7 Panien jest jedną z najatrakcyjniejszych pod tym względem ulic w okolicy – badanie wykonano na zlecenie jednego z sieciowych sklepów działających na miejscu.

Ciężki los dostawcy

Trochę osobnym tematem są miejsca dla dostaw. Na ul. Posag 7 Panien wyszedł z tego skandal, bo miejsca dla dostaw zgodnie z pozwoleniami na budowę powinny być zapewnione z terenu osiedli. Czy są? Myślę, że wątpię.

Inna sprawa, że dostawcy wcale nie chcą za bardzo korzystać z takich miejsc. Są pod ciągłą presją pracodawcy, ciągle się spieszą i najchętniej podjechaliby pod sam lokal albo pod samą klatkę. Część z was pisze, że powinniśmy im pozwolić, bo są w pracy. Absolutnie się z tym nie zgadzam. Jeździć po chodniku może tylko pogotowie i straż pożarna. Reszta nie ma do tego prawa. Istnieje zaawansowana technologia w postaci wózków, wielu dostawców z niej korzysta, jak ktoś nie potrafi to już nie jest mój problem.

Ja nie chcę żeby moje dziecko zostało zabite przez cofającego po chodniku dostawczaka i uważam, że skoro żyjemy w katolickiej Polsce, ostoi Cywilizacji Życia, to ten argument bije na głowę to, że pan kurier się zmęczy.

Osobiście ze “zwyczajowego” prowadzenia dostaw najmniej przeszkadza mi robienie tego z wyjazdów z posesji. Wiem, że wielu z Was tego nie znosi, ale póki co najmniej niebezpiecznych sytuacji widziałem właśnie w takich przypadkach. Po prostu i tak wszyscy jeżdżą po naszych wąskich ulicach powoli, więc wyjeżdżający zza dostawczaka samochód nie jest wielkim zaskoczeniem. Oczywiście, to jest pewien dyskomfort. Ale dla mnie dużo mniejszy niż dostawczak na chodniku.

Byłbym nawet skłonny, żeby delikatnie te wyjazdy poszerzyć pod kątem dostaw, choć pewnie wtedy miejsca te byłyby notorycznie zajęte przez parkujące tam auta (a do tego jest to niezgodne z przepisami).

Czy ktoś tu zginął???

To kolejny częsty argument. Po co wprowadzać tak drastyczne kroki? Przecież nikt tu nie zginął! Naprawdę chcecie czekać na to, aż dziecko waszego sąsiada zostanie zmielone na papkę przez ciężarówkę zanim wprowadzicie jakiekolwiek zmiany na ulicach? Naprawdę czekacie na to, aż staruszka zostanie potrącona przez cofającego dostawczaka? Jeżeli tak, to chyba nie mamy o czym rozmawiać, bo dla mnie to jakiś wyższy poziom znieczulicy i barbarzyństwa.

Wyciąć krzaki, to będzie miejsce na parking

To jeden z argumentów, który regularnie pada spod klawiszy frakcji “prosamochodowej”. Pomysł na pozór fajny. W praktyce? Niekoniecznie. Pozwolę się tutaj posłużyć przykładami praktycznymi. Założenia są proste. Dodajemy tylko miejsca, które można wytyczyć legalnie. Czyli odpada 10 metrów od skrzyżowania, od drogi pożarowej i miejsca dla pieszych. Poza tym przyjmujemy, że BZRD zgodzi się na każdą z naszych propozycji, a wytyczne Biura Architektury się nie liczą. Ile miejsc uzyskamy? Sprawdźmy to:

Jak widać da się wygospodarować więcej miejsc. Jest to fizycznie i prawnie możliwe. Jest z tego nawet całkiem przyzwoity uzysk, od 31 do 58% dodatkowych miejsc. Niektórzy sugerują, że na Habicha w okolicy Kompanii AK “Goplana” dałoby się wytyczyć miejsca w drugim rzędzie. Tyle, że tamtędy przebiega droga pożarowa. Jak chcecie skłonić urzędników do zmiany jej w miejsca parkingowe? Jak zdobędziecie na to pozytywną opinię Straży Pożarnej? Osobiście mogę tylko życzyć powodzenia.

Rozwiązania realistyczne

Jednym z rozwiązań jest zwiększanie liczby legalnych miejsc. Jak pokazywałem w sekcji o ulicach na Szamotach, to jest w ograniczonym stopniu możliwe (o ile przełamiemy opór Rady Warszawy oraz BAiPP i BZRD). Gorzej jest na starych osiedlach. Tam wiele miejsc funkcjonuje jako “zwyczajowe” (w praktyce nielegalne”), a część miejsc parkingowych jest wytyczona niezgodnie z obecnymi przepisami.

Czasami o takie miejsca upominają się mieszkańcy (przez zgłoszenia lub Budżet Obywatelski), czasem po prostu BZRD wymusza na dzielnicy ich likwidację. Co do zasady się z tym zgadzam. Życie ludzkie jest dla mnie wartością nadrzędną. Zwłaszcza życie i zdrowie dzieci.

Jednocześnie nie sposób zauważyć, że choć te działania są potrzebne, to po prostu zmniejszają podaż miejsc postojowych, choć popyt nadal pozostaje wysokim.

Więcej legalnych miejsc

Moim zdaniem miasto (przynajmniej w dzielnicach obrzeżnych) powinno podchodzić do kwestii wytyczania nowych miejsc w bardziej otwarty sposób. Jeżeli gdzieś można legalnie wytyczyć dodatkowe miejsca – to dlaczego stawiać temu opór?

Przykładem może być chociażby ul. Orląt Lwowskich, gdzie można by wytyczyć kilkadziesiąt miejsc kosztem wycięcia krzewów. Oczywiście żal mi tej zieleni, ale dużo bardziej będzie mi żal drzew na terenie RSMu, jeżeli spółdzielcy postanowią wyciąć je pod parkingi.

Godziny dla dostaw i sprawna Straż Miejska

Jeżeli chcemy, żeby dostawcy mieli zapewnione miejsca, jest jeden prosty sposób. Wystarczy wytyczyć na części miejsc pod lokalami miejsca tylko dla dostawców, dostępne w godzinach np. 8-11. Tyle, że żeby takie miejsca działały, potrzebne jest surowe egzekwowanie tych wymogów przez Straż Miejską (inaczej te miejsca będą notorycznie zajęte) oraz… dyscyplina wśród dostawców. 

Bo jeżeli przyjadą o 12, to nie będą mieć miejsca.

Rotacja, rotacja, rotacja

Podstawowy problem to rotacja. Na publicznych parkingach zalega mnóstwo aut, które nie są ruszane od tygodni, czasem miesięcy. Wystarczy spojrzeć jak wiele nich stoi teraz pod grubymi czapami śniegu. Nie wiem, czy to są auta na hobby, na handel, zapasowe, czy ktoś zaparkował na miesiąc bo wyjechał i nie chce wydawać na parking. Wiem tylko, że mnie to nie obchodzi. 

Miejsce w mieście jest towarem deficytowym i ograniczonym, trzeba w jakiś sposób się nim dzielić. Moim zdaniem najuczciwiej jest, żeby było przeznaczone dla mieszkańców okolicy oraz dla klientów okolicznych biznesów. Najlepszym sposobem na to jest wyznaczenie limitów czasowych (jak w Finlandii), czyli np. parkowanie do 3h w godzinach 9:00-16:00, poza tymi godzinami bez limitu. Część miejsc dostępna tylko za okazaniem identyfikatora mieszkańca.

To nie jest tak, że wszyscy na tym zyskają. Niektórzy na tych zmianach stracą. Kolekcjonerzy, właściciele flot aut służbowych, właściciele autokomisów, właściciele przyczepek reklamowych. Jest to jednak poświęcenie na które jestem gotów, ponieważ to ludzie, którzy albo mają drogie hobby (przepraszam chłopaki, ja też lubię graty, ale sami rozumiecie) albo bezpośrednio lub pośrednio zarabiają na tych miejscach postojowych. A skoro tak, to najwyższy czas urealnić koszty swojego biznesu i poszukać sobie miejsc prywatnych.

Miejsca dla mieszkańców i identyfikatory

Ostatnią sprawą są miejsca dla mieszkańców i identyfikatory. To rozwiązanie dla starych osiedli, gdzie miejsc notorycznie brakuje, bo nie ma pod nimi garaży podziemnych. Na ten moment to chyba jedyny sensowny sposób na wytyczanie dla nich miejsc, sprawdzony w dzielnicach w których obowiązuje Strefa Płatnego Parkowania Niestrzeżonego.

A, no i jeszcze SPPN. Wiem, że poparcie dla niej jest dużo niższe, niż dla ograniczeń czasowych, ale w obowiązującym porządku prawnym jest póki co jedynym rozwiązaniem na wymuszenie rotacji miejsc. Być może rząd dostrzeże potrzebę zmian legislacyjnych – ale póki co chyba za mało osób się tym tematem interesuje. Wbrew temu, co mówi Zarząd Dzielnicy, wiem z dobrego źródła, że ZDM umieścił już Ursus na liście priorytetów do wprowadzenia strefy, choć na dość odległym miejscu. 

Niemniej jednak trzeba się liczyć z tym, że strefa po prostu kiedyś do nas dotrze, czy tego chcemy, czy nie (ja chcę).

Słowem zakończenia

Każdy może wierzyć w to co chce. Ale warto, żeby kierował się w swoim działaniu faktami. Na takie osoby jestem otwarty i chętnie im pomogę. Na krzykaczach, partyjniakach i zaślepionych ideologią trollach mi nie zależy. Jeżeli uważasz, że jestem lewackim rowerowym radykałem to naprawdę nie musisz mnie czytać ani na mnie głosować. Ja sobie naprawdę świetnie poradzę bez ciebie. 

I tak, jak będziesz mnie obrażał to cię po prostu zablokuję. Mój profil na fejsie to nie jest oficjalny kanał komunikacji. Możesz sobie o to płakać do Przewodniczącego Rady, na grupach na fejsie i do samego Papieża. Nic to nie zmieni. Mój oficjalny email to kdaukszewicz@radni.um.warszawa.pl, poza tym są też dyżury radnych, a świetna ekipa Wydziału Obsługi Rady w razie czego połączy cię do mnie telefonicznie. Zapraszam do kontaktu w każdym momencie.

Jeżeli natomiast chcesz rozwiązania problemu i szukasz realistycznych rozwiązań, to serdecznie zapraszam do współpracy. Nie będzie to łatwe, bo Rada Warszawy rozpaczliwie próbuje nic w tej sprawie nie zrobić, a władze dzielnicy liczą na to, że spółdzielnie i wspólnoty wybetonują swoje podwórka i problem sam się rozwiąże. Ale jak na moje to wcale się nie rozwiąże.

Tym bardziej, że jeżeli dojdzie do budowy metra w Ursusie, to dopiero zacznie się Wietnam parkingowy, gdy mieszkańcy okolicznych miejscowości i osiedli będą próbowali zaparkować tuż pod stacją. Będzie się działo!